Najnowsze felietony

Marek

Marek

Zbyt piękny by płacić...
sobota, 24 styczeń 2015 22:25

Jak mnie oszukano

Żyłem jako prawiczek do bodajże dwudziestego czwartego roku życia (nie pamiętam dokładnie). W tamtym czasie moje myślenie składało się w trzech czwartych z wizji kopulacji, a reszta podzielona była na marzenia o dużej kasie, i Bogu który miał mi to dać za darmo, bo wizji zarobkowej nie miałem żadnej. To że nie spełniła się żadna z moich modlitw (prośby, groźby, zastraszanie, zgrywanie ofiary, manipulowanie, czyli wszystko co wiemy że działało na rodziców) to chyba najlepszy dowód na istnienie Boga - gdyby się spełniły, zniszczyłyby mnie.

Wilczyca w owczej skórze i szpilkach manolo

Zdobyć pieniądze jest znacznie łatwiej, niż je utrzymać gdy wokół pełno głodnych drapieżników. Wszyscy wiemy, ze trzeba się wystrzegać brzydkich miejsc, spelun, mordowni, doradców finansowych i ludzi z szałem w oczach, ale drapieżniki wyższej klasy, doprowadziły do pefekcji przebieranie się w owczą skórę. Są delikatne, miłe, towarzyskie i pomocne. Dodają Ci otuchy, sił, wsparcia emocjonalnego; wyczuwają Twe wzburzenie, kłopoty i stresy wypływające z kłótni czy innych problemów, oferując Ci pocieszenie i akceptację, którą z ulgą przyjmiesz - problem w tym, że to wszystko jest tylko pożyczką na obrzydliwie wysoki procent; Za każdą chwilę przyjemności którą dostajesz, zapłacisz znacznie więcej, niż jest to warte.

Wtedy nie wiedziałem (wprawdzie słyszałem, ale sądziłem że mówią tak oszołomy i chorzy psychicznie), że zakochana albo mocno pragnąca Twych dóbr (pozycji, pieniędzy, znajomych, bycia w wyższej grupie społecznej) kobieta, potrafi zmieniać się jak kameleon, byle tylko ofiara się otworzyła, zaufała. Prosta kobieta po prywatnym marketingu, znająca się jedynie na serialach, potrafi wtedy rozmawiać z Tobą o duchowości, fizyce nuklearnej oraz biologii molekularnej - zmieni się w dresiarę, damę na salonach, luzaczkę z blokowisk, naukowca. Co chcesz, to masz - ale do czasu i nie za darmo, gdyż za darmo w tym świecie jest tylko ser w pułapce na myszy.

Jak drapieżnik Cię zjada? Powoli

Gdy zachwycony poczujesz że to jest TO, zaufasz i otworzysz się, następuje przejście do kolejnego etapu wielkiej gry. Zaczyna się spektakl w którym nasza aktorka czuje się niekochana, biedna - płacze (kobiety potrafią to robić na życzenie) że nic nie ma, że nią pomiatają. Pojawia się płacz, migrena (tak, TA migrena) a Tobie odcina się niespodziewanie niezwykle dograny seks i przytulanie. Wtedy kierowany współczuciem, naiwnością i coraz bardziej pełnymi jądrami robisz darowiznę, przepisujesz mieszkanie, działkę, albo robisz inne operacje, które w razie rozstania ogołacają Cię z majątku. Twoi znajomi i rodzina w jej oczach staje się zła - drapieżnik próbuje Cię odciąć od źródła ewentualnej, późniejszej pomocy, za wszelką cenę próbując was skonfliktować. Ja to przeżyłem kilka razy, straciłem niewiele, chociaż było blisko utraty mieszkania. Ale pracuję z ludźmi którzy stracili dużo, dużo więcej. Scenariusz jest zawsze bardzo podobny. Gdy kobieta zyskuje władzę, a jest nią pewność że w razie rozstania wiele ugra - w najlepszym przypadku kończy się porozumienie emocjonalne, a zaczyna bezlitosna eksploatacja mężczyzny, narzekanie i wieczne, niekończące się niezadowolenie. Kup jej kwiatki i kolczyki, zaproś na kolację bo jest zmęczona obsługą pralki i piekarnika! Wrzasną Panie po prywatnej psychologii. Spróbuj, śmiało, później pośmiejemy się z tego razem.

Mężczyzna nie może oddać ciosu (więzienie i po majątku), nakrzyczeć (bo nie wypada na rozhisteryzowaną, wrzeszczącą "słabszą" kobietę), zabrać pieniędzy (bo ona zabierze mu dziecko). Mężczyzna nie może nawet legalnie zrobić testów DNA, bo tylko kobieta ma prawo wiedzieć czyje jest dziecko. Mężczyzna jest silniejszy fizycznie, ale co to za siła której nie można wykorzystać? Dzisiejszy świat to raj dla kobiet, ale jakoś noblistek i szczęścia u Pań nie przybywa. Może dlatego że szczęście to nawyk, rozwój siebie i wzmacnianie charakteru, a nie prawo ułatwiające gnojenie mężczyzn? To że kobiety są słabsze, to tylko mit. Kobiety absolutnie zdominowały naszą przestrzeń życiową, a życie wcale nie stało się lżejsze i lepsze. A miał być taki raj...

Jesteś cwańszy? Tylko Ci się tak wydaje...

Związek z pasożytem może ciągnąć się dziesięciolecia, ale szczęścia tam nie ma za grosz, chociaż taka rodzina może na zewnątrz dobrze wyglądać. Dla kobiety celem jest zawsze dziecko - dla niego kobieta jest w stanie zrobić każde, niewyobrażalne świństwo, po czym bez problemu się usprawiedliwi w swoich oczach. Dziś na onecie był artykuł, jak nowa partnerka faceta schowała list od swej poprzedniczki, że ta jest w ciąży. Dopiero po jej śmierci, mężczyzna znalazł ten list na dnie szafy. W komentarzach są jeszcze straszniejsze historie (matki blokujące dostęp dzieciom do ojców, opisują to też kobiety), a przecież to wszystko są ludzie, którzy w młodości wierzyli że związek jest receptą na wszelkie zło tego świata. Nie wyszło, znowu. I tak każde pokolenie żyje ułudą, potyka się i upada, a następne myśli że będzie cwańsze, sprytniejsze - i tak samo skończy.

Mając pieniądze a nie mając wiedzy o tym jak wygląda prawdziwe życie, szybko stałbym się przeżutą i wypróżnioną ofiarą drapieżników. Teraz byłoby znacznie trudniej mnie oszukać, ale ponieważ pycha zawsze zwiastuje porażkę, pełen pokory zdaję sobie sprawę że mógłbym przegrać. To tylko kwestia talentów wilka w owczym kostiumie kąpielowym, a tego nęci wysokość wygranej; im więcej do wygrania, tym mocniej wyspecjalizowany drapieżnik - więc jako biedak póki co jestem bezpieczny. Im więcej masz pieniędzy, tym więcej musisz zadbać o siebie, o czerpanie przyjemności z samooceny - bez tego jest tylko kwestią czasu, kiedy zostaniesz ustrzelony. A jeśli się zamkniesz w samotni, będzie lęk, rozpacz i iluzja, że może Tobie się uda. I tak źle, i tak niedobrze.

Bycie razem jako recepta na szczęście

Wtedy byłem pewny że bycie z kobietą, bycie w parze jest szczęściem. Wyobrażałem sobie jak razem chodzimy po mieście trzymając się za dłonie, a koledzy mi zazdroszczą mojej dziewczyny. Posiadanie kobiety, było dla mnie oczywistym wzrostem autorytetu, okazaniem swego wysokiego statutu. Całowaliśmy się, przytulaliśmy i gadaliśmy w mojej wyobraźni, spędzając ze sobą całe życie w szczęściu. Byłem na sto procent pewien że moja depresja, niechęć do życia i lęk to wynik braku połówki. A później stało się to, co wielokrotnie opisywałem i co zawsze wzbudza silne emocje (najczęściej negatywne) czytelników - wkroczyłem dzięki czatom i portalom randkowym w świat seksu, gdzie próbowałem go około trzech lat bez ograniczeń. Przed tym okresem i w jego trakcie miałem kilka dłuższych relacji, najdłuższa trwała chyba sześć czy siedem miesięcy. Wtedy się okazało że lęki, poczucie bezsensu życia i rozpacz jest chwilowo wytłumiana podnieceniem, seksem, romantycznymi spacerami, a później z jeszcze większą siłą wraca. To był wielki cios, ale nie mogłem udawać że tego nie dostrzegam - największa nadzieja którą żyłem, nadzieja że wraz z partnerką zdobędę spełnienie i satysfakcję, waliła się w gruzy na mych oczach. Pojąłem że kobieta nie da mi szczęścia - trzeba szukać od początku, negując wszelkie autorytety oraz wszelkie mądrości, które okazały się jedynie kłamstwami.

Człowiek od dzieciństwa żyje w przekonaniu, że połówka daje szczęście. Przekonują do tego nie tylko młodziutkie, seksowne Panie psycholog w kobiecych pismach, ale i wszelkie filmy, książki, bajki. Każdy film jeśli chce się sprzedać, musi opowiedzieć nam jakąś historię miłosną. Forrest Gump, Avatar, piękny Atlas chmur, gdzie zakochani w końcu żyją szczęśliwie z dziećmi na innej planecie - a oglądający chłoną obrazy, przyjmują je w końcu za prawdę (bo wszyscy tak przecież robią, więc musi to być prawda), po czym zaczynają w to głęboko wierzyć. Kiedy ta wiara stanie się potężna, utrwali się, człowiek patrzy na innych ludzi jako na rzeczy, które mają mu dać szczęście, przyjemność; Ludzie stają się wtedy kluczami do szafki z endorfinami. Związek i życie w parze sfinalizowane potomstwem, ma być źródłem największej satysfakcji i szczęścia. Problem w tym, że to nie jest Twoje przekonanie, tylko je przejąłeś, uznałeś za prawdę - nie dla każdego takie rozwiązanie będzie szczęściem. Niestety, ludzie którzy czują że rodzina i dzieci nie są dla nich, są obiektem obelg i ostracyzmu ze strony ludzi w związkach, którzy dzięki temu się dowartościowują.

Psychiczny terror niedowartościowanych

Uważają że posiadanie kobiety i jej zapłodnienie, jest aktem wielkiej mądrości i heroizmu, a często przecież bywa tak, że po pijanemu zapomnieli użyć prezerwatywy, albo Pani sama zadecydowała, oszukując że bierze tabletki. Znałem kilka dziewczyn, które były po prostu masakrowane przez rodzinę - ciągłe pytania o dzieci i męża, drwinki i uśmieszki, mocno je raniły. To był horror, to była najprawdziwsza, psychiczna przemoc - ludzie którzy czują się nikim, po zdobyciu pewnego poziomu społecznego, uwielbiają gnoić tych, którzy w ich głowie są niżej od nich - bo nie mają obrączki i potomstwa. No chyba że jest to ktoś bogatszy, potężniejszy, wtedy się podlizują - często w najbardziej upokarzający sposób.

Ja także, jak inni, stałem się ofiarą bardzo subtelnego prania mózgu, które zaczynało się od bajek i wieczornych dobranocek. Już jako małe dziecko, byłem warunkowany że szczęście to związek i dzieci, każda bajka o tym opowiadała. Świadomość że życie jest inne niż przekonania o nim w mojej głowie, rodziła się w mękach. Zrozumienie że poglądy o życiu, pewniki i wydawałoby się niezbite fakty które uważałem za prawdę są manipulacją, zajęło wiele lat. W tym czasie człowiek jest całkowicie rozbity, ponieważ twarda ziemia po której zawsze stąpał, zmienia się w bajoro niewiedzy. Ktoś kto wierzy w kłamstwo, ma płaską wizję świata - jest nieszczęśliwy, bo nie ma pieniędzy i połówki. Gdy to dostanie, nadal jest nieszczęśliwy, więc uznaje że pieniędzy za mało, a partnerka nie jest tą co trzeba. Dlatego czytałem wszystko co tylko dałem radę zdobyć, by zrozumieć dlaczego nas tak okłamano. Gdy zacząłem czytać i rozumieć jak działa podświadomość człowieka, jasnym się stało - religie, państwa i korporacje oszukują, ponieważ tworzą swą potęgę na ludzkim nieszczęściu. Niby dziwne, ale przecież każda książka od historii to księga oszustw, manipulacji, spisków i skrytobójstw. Dlatego tak się wyśmiewa zwrot "teoria spiskowa", wrzucając do jednego wora słowa naukowców o szkodliwości niektórych szczepionek (profesor Majewska), razem z ludźmi którzy twierdzą że byli w nocy rżnięci przez kosmitów. To wszystko co zrozumiałem przez te lata o podświadomości, wszystkie wnioski z mojej pracy z ludźmi, zawarłem w książce "Stosunkowo dobry".

Manipulacja człowiekiem słowem, dźwiękiem, obrazem

Obecnie wydaje mi się, że człowiek jest ukierunkowywany przez system tak, by zmaksymalizować jego cierpienie - nie widać tego wyraźnie, ponieważ ludzie wstydzą się pokazać że cierpią, więc ukrywają to i nazywają szczęściem. Jeśli robi tak większość, wtedy każdy myśli że to tylko jemu się nie udało - kto chce wyjść na nieudacznika? W efekcie każdy chce pokazać że mu się udało. Logika tego jest dość prosta - człowiek nieszczęśliwy kupuje, napędza konsumpcję, poza tym można namówić go do wojny, wystarczy pokazać obrazek "wroga", i krzyknąć że to on jest odpowiedzialny za Twoją rozpacz. Zatrudnia się do tego zdolnych poetów, grafików, pisarzy i dziennikarzy, tworzy armię zdolnych ludzi którzy słowem, obrazem i dźwiękiem kreują fałszywy, określony przez manipulatora obraz świata - po drugiej stronie (u "wroga) dzieje się tak samo. Ludzie pióra czy pędzla, są dużo bardziej winni nieszczęściom świata, niż generałowie zarządzający z bezpiecznych tyłów wojennymi maszynami do mielenia mięsa ludzkiego.

Taki sfrustrowany człowiek chętnie korzysta z usług korporacji religijnych, które za pieniądze i wierność (oraz głosy w wyborach, za co dostają ziemię i pieniądze od wygranej partii), zapewniają życie po śmierci, nadają jakiś sens życiu. To co jednak najważniejsze, to to że chory, zrozpaczony człowiek autentycznie głupieje - organizm w odpowiedzi na ciągłe cierpienie, czyli niezgodność przekonań w głowie z rzeczywistością, wytwarza stan szoku o różnym nasileniu. A człowiekiem otępiałym łatwo manipulować, wpychać mu w głowę następne bajki, które z pozoru są piękne i dobre (jak bajka o połówkach), a w rzeczywistości zniszczą mu życie. Otępiały człowiek reaguje agresją na fakty, które stoją w sprzeczności z jego wierzeniami. Im człowiek ma bardziej zamroczoną świadomość (złym jedzeniem, lekami, otępieniem, stresem, używkami), tym głębiej można sięgnąć w jego psychikę, by zainstalować mu tam negatywne sugestie. Robi to chociażby kler z małym dzieckiem, które nie ma świadomości wyboru - a rzekome odganianie Szatana w trakcie chrztu, według magii jest przywołaniem tej siły. Mówisz na głos imię, to wzywasz odpowiadającą mu siłę, koniec kropka. Kler jest arcymistrzem manipulacji - w słowa o miłości i Bozi wplecione są obrazki cierpień i męczarni (krzyż i zmasakrowane zwłoki na nim, a podobno dzieciom nie wolno pokazywać przemocy), oraz powtarzanie o grzeszności i winie, co bardzo mocno i głęboko wchodzi w człowieka - a wychodzi jako niezidentyfikowane poczucie bezsensu życia, strach, rozpacz, lęk że inni wierzą w inną bajkę. Co posiejesz, to zbierzesz. Jeśli wkładasz w człowieka zło, to nie wyciągniesz niestety dobra. Jesli lejesz chrzczoną benzynę, silnik się zniszczy. To są bardzo proste sprawy, celowo komplikowane.

Bez związku źle, z nim jeszcze gorzej

Świat pełen jest wraków emocjonalnych, którzy wierząc w szczęście z połówką, obudzili się z ręką w nocniku. Sprawa rozwodowa, mieszkanie zabrane, zakaz widzeń z dzieckiem - człowiek idzie pod most. Jest oczywistością, że brak związku i związek unieszczęśliwiają człowieka; i tak źle i tak niedobrze. Gdy jesteś sam (brzmi jak przekleństwo) myślisz że Twoje złe samopoczucie, lęki, są przyczyną bycia samemu. To nieprawda, one są w Tobie ponieważ system daje Ci idoli, autorytety od których zawsze będziesz wydawał się głupszy, brzydszy, biedniejszy - masz się czuć gorzej. Gdy już się tak czujesz, system daje Ci rozwiązanie - bądź w związku, będziesz szczęśliwy. Gdy się udaje, czujesz że złapałeś Boga za nogi - ale z czasem zauważysz, że haj hormonalny związany z zakochaniem trwa maksymalnie dwa lata. Później wkracza szara rzeczywistość, a wytłumione lęki wracają. Wtedy ludzie obwiniają za swój nawyk cierpienia (bo to jest nawyk, wytrwale powtarzany przez ludzi nieszczęśliwych) męża bądź żonę. Zaczynają się konflikty, które nie zawsze kończą się rozwodem - często stoi temu na przeszkodzie sytuacja finansowa, kredyt, strach "co ludzie powiedzą?".

Ciekawie przedstawia się sprawa w tych związkach, gdzie ludziom jest dobrze. Im bardziej człowiek uświadamia sobie swoją zależność od partnera, tym większy strach i złość narasta. Przecież partner może umrzeć, zdradzić, odejść - zabierając ze sobą szczęście. Takich historii jest cała masa, wystarczy poczytać na forach wyznania zrozpaczonych ludzi, którzy utożsamili swoje szczęście z drugą osobą, a później ich "inwestycja" nawiała z hydraulikiem. Kto jest winny? Ten co odszedł? Nie, ludzie mają prawo nie chcieć z nami przebywać - winny jest ten, kto ulokował swoje szczęście w chybotliwym, emocjonalnym i zmiennym człowieku. To że ktoś jest dobry teraz, nie oznacza że się później nie zmieni.

Pogarda to droga donikąd

Bystrzy ludzie zrozumieli to już tysiące lat temu, więc wyrzekli się seksu i kobiet, nienawidząc ich i gardząc nimi. Czuli że oddanie się kobiecie, jest wstępem do tragedii. Raz że kobieta może odejść bądź uciec, więc pojawi się cierpienie, dwa - gdy kobieta czuje że ma władzę, często zaczyna pogardzać mężczyzną, staje się złośliwa i nienawistna. Kobieta ma wyssaną z mlekiem matki potrzebę bycia z silnym, nieulegającym jej samcem. Ktoś absolutnie oddany, chociaż brzmi to cynicznie dla dorosłych wielbicieli bajek, jest skończony. Wiem że inaczej to wygląda w filmach i serialach, gdzie rozmowa i kwiaty załatwiają konflikty, ale w życiu naprawdę tak nie jest - to fikcja tworzona na potrzeby baranów, by nimi zostali.

Nasi przodkowie bronili się instynktownie - nie rozumieli że nienawiść i pogarda związuje nas z kimś mocniej, niż miłość i oddanie. Jeśli nienawidzisz, to nie chcesz danej osoby puścić wolno, ciągle ją w swej wyobraźni kamieniujesz. Tak więc mężczyźni, którzy starali się za pomocą pogardy wyrzucić z siebie pożądanie do kobiet, mieli na ich punkcie obsesję; wcale się od nich i związanych z nimi niebezpieczeństw nie uwolnili, a nienawiść którą w sobie wzbudzili, zjadała ich całe życie. Nie da się wzbudzić w sobie nienawiści - a ona sobie gdzieś tam zniknie. Tak umysł nie działa. Raz obudzona wchodzi w nawyk, a im częściej ją w sobie wzbudzasz by Ci "pomogła" ze stresową sytuacją, tym potężniejsza się staje. Z czasem to ona zaczyna kierować Tobą, doprowadzając Cię do konfliktów i zatargów z innymi, rujnując zdrowie, niszcząc spokój i poczucie satysfakcji z życia. Nienawiść i pogarda, jest ostatecznym zrujnowaniem człowieka, jego poczucia życiowego szczęścia - chociaż na zewnątrz może ładnie się prezentować.

Miłość, ale bez zawłaszczania

Wyjście jest jedno - swoją miłość, zaufanie, wiarę i wszystko co najlepsze, należy ulokować w czymś co się nie zmieni, co nie odejdzie, nie zdradzi. Jest tylko jedna taka rzecz, i jest nią idea Boga, Architekta, matki ziemi (jak zwał tak zwał). Przy czym nie ma znaczenia czy on istnieje czy nie - ważne że sobie go wyobrażasz, że w tej wirtualnej, wszechmocnej istocie umieszczasz, lokujesz swoje serce. Jeśli tak się stanie, wszystko inne - zachowanie ludzi, związki, będziesz traktować z dystansem, a w razie ich utraty, nie załamiesz się. Nie zachwieje Tobą zmienna moralność ludzi, ich zmienność emocji (dziś kochasz, jutro nienawidzisz) której oni sami nie rozumieją.

Nie będziesz cierpiał i się denerwował, że gdzieś na świecie ktoś głupio robi, umiera, zdradza - będziesz miał dystans do wszystkiego. Ta przestrzeń w Tobie pozwoli Ci prawdziwie kochać, nie przywiązując się panicznie (jak rzep do psiego ogona) do innych ludzi, a oni wyczują że nie wywierasz na nich presji, nie osądzasz i nie potępiasz, nie mówisz jacy mają być - byś Ty był usatysfakcjonowany. Nie będziesz żebrał u nich o zainteresowanie, bał się po nocach że od Ciebie odejdą. Będziesz kochał i będziesz wolny - będzie to miłość bez zawłaszczania. Tylko to można nazwać miłością, cała reszta jest egoistycznym biznesikiem, rodzącym po czasie tylko nieszczęścia i żal za straconym życiem.

www.braciasamcy.pl  zapraszam na moje forum.

--------------------


Zapraszam do kupna moich e książek "Stosunkowo dobry", oraz "Wyprawa po samcze runo" w E wersji, KLIK albo papierowej KLIK.  Zapraszam wszystkich serdecznie na mój fanpage KLIK, Bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy poczuwają się do dbania o cały ten interes i go finansują KLIK, także poprzez PayPal, mój meil to Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

czwartek, 22 styczeń 2015 22:21

Życie według Marka

Gdy zacząłem analizować związki i je opisywać na blogu, zaczynałem jako lubiany przez kobiety, naiwny romantyk. Miałem do Pań żal że są materialistkami, a przez moje narzekania wyraźnie przebijało pragnienie ich posiadania.

Rózga na rozdęte serialami kobiece ego

Uwielbienie bądź nienawiść do Pań, jest w zasadzie tym samym, gdyż oznacza że tak czy siak, ale myślisz i koncentrujesz się na nich, pragniesz ich. Jeśli czegoś nie potrzebujesz, nie myślisz nawet o tym, a co dopiero mówić o silnych emocjach. Skoro od miłości do nienawiści jeden krok, w drugą stronę działa to tak samo. Zauważ że nasze kochane Panie, wcale nie obawiają się nienawiści; one przeraźliwie boją się obojętności i ignorowania.

Skąd pewność, że to najdotkliwsza rózga na kobiece ego? Z ich podwórka, one doskonale wiedzą że gdy są ignorowane, bardzo źle się czują - każdą tkanką swego serca, pragną uwagi i zainteresowania. Ludzie walczą z innymi w taki sposób, jakiego doświadczyli na własnej skórze - stąd wiedzą że to naprawdę boli. "Chcę zapomnieć", "zapomniałam", czyż nie takie właśnie stwierdzenia płyną najczęściej z ust Pań? No cóż, zapomnieć można tylko szablonowego mężczyznę, Ryśka z Klanu, a nie takiego który wzbudzał silne emocje (pal licho jakie). Robienie tego co chce kobieta, w naiwnej, wykształconej oglądaniem komedii romantycznych i radami mamusi nadziei że zyskamy tym jej względy, jest najkrótszą drogą do krainy zapomnienia.

Puszyste żądzą clitoris

Kobieta pożąda gdy jej serce płonie, więc tylko niestabilne zachowania, mogą ten ogień paliwem emocji utrzymać. Uroczy kryminalista, oszust matrymonialny, kalibabka i uczuciowy malwersant to osoby, które budzą w kobiecie żar emocji, więc chociaż umysł kobiety ciągnie do bezpiecznej przystani, gdzie wtulona w zaśmierdziały, turecki sweter misia sobie beztrosko pochrapuje, to dusza lgnie do tego, który bierze ją jak swoją rzecz, źle traktuje, wyśmiewa i jest absolutnie odporny na jej gierki i manipulacje. Skąd ta odporność? Z wewnętrznej pogardy do kobiety, z pewności że kobieta jest tylko seksownym ciałem skrywającym egoistyczne, emocjonalnie niedorozwinięte dziecko. Gdy kobieta coś mówi, płacze, awanturuje się, nasz ogier nie przejmuje się tym, uważając to za niewarty zainteresowania bełkot. Tę właśnie "odporność", Panie nazywają czymś magnetycznym, pociągającym, magicznym, mówią "nie mogę go rozgryźć" - bo budzi to w nich chęć walki i rywalizacji. Silny samiec od tysięcy lat, to lepsze geny i przyszłość dla dziecka, więc organizm uruchamia seks, potężne uczucia i hormony zadowolenia, by nieszczęsnego samca związać ze sobą; najpierw do puszystego żądzą clitoris, a później (jak najszybciej, póki się nie znudzi) do potomstwa.

Dlaczego taki mężczyzna jest pożądany? Ponieważ wzbudza emocje, rozbudza nadzieję na zmianę brutala w słodkiego (z czasem do porzygania), ułożonego Reksia domowego, czyli daje szansę na zasmakowanie poczucia władzy - kiedy tak się stanie, kobieta zacznie się nudzić, a w końcu gardzić ciepłym misiem w kapciach. Jeśli kobieta gardzi, winą za swoje uczucia obarcza samca (miał dać szczęście, wszyscy tak mówią od komedii romantycznych, poprzez harlekiny do stereotypów kulturowych), więc zdradza by się w ten symboliczny, podstępny, z natury kobiecy sposób na nim zemścić za "swoją krzywdę". Zmiana innego człowieka pod siebie i swoje potrzeby jest wielką rozkoszą; jest najczystszą esencją władzy. Spokojny chłopak nigdy nie wzbudzi takich emocji, które kobieta utożsamia z byciem żywą, z ekstazą. Dlatego mądry facet nie daje się nabrać na kobiece szlochy, baśnie o złym facecie który bije i nie szanuje. Czemu nie odejdzie? Bo ma nadzieję na wygraną, na zmianę mężczyzny. Podejmuje grę w której musi przegrać, ale ona jeszcze tego nie wie. Chce kosztem drugiego człowieka, zrobić sobie dobrze - i płacze by dodatkowo coś ugrać na własnej manipulacji od zatroskanego otoczenia. Jest Ci źle, to odejdź. To naprawdę jest takie proste.

Piękne ciało daje władzę

Ale wróćmy do opowieści o mnie. Panie oczywiście protestowały, zapewniając że liczy się tylko wnętrze, ale dupy bezrobotnemu dawać nie chciały - na szczęście czytały, komentowały. To bardzo dowartościowuje, gdy czyta się mężczyznę którego celem jest kobieta. Ma się wtedy poczucie władzy, świadomość że wystarczy ruszyć paluszkiem, a facet jest mój; tak w istocie było. Gdy masz coś, na kim innym zależy, rozdajesz karty - tym czymś są piękne ciała Pań, w których nie tylko ja przecież pragnąłem pomyszkować. Właśnie dlatego Panie tak dbają o ciało, modę, ponieważ atrakcyjność daje władzę nad mężczyzną, a to niezwykłe, jedyne w swoim rodzaju poczucie przyjemności, władzy, gdyż można wtedy kierować mężczyzną, liczącym na wiadomą nagrodę za wierną służbę u stóp pięknej Pani. Im potężniej kobieta zachwyca się swoją kobiecą siłą, tym większa rozpacz się pojawia gdy traci urodę, a wraz z nią milkną zachwyty Panów.

Straszne jest życie człowieka, który utożsamił swoje szczęście z atrakcyjnością ciała; gdy zniknie uroda, oddala się poczucie przyjemności, a na jej miejsce wprowadza się na stałe depresja, rozpacz i żal. U Pań zaczyna się rozpaczanie, że chociaż urody nie ma to mogły być pieniądze i wygodne życie, a nie męka ze starym, sapiącym dziadem. Kobieta wyobraża sobie wtedy, że mogła wyjść za milionera, po czym zaczyna święcie wierzyć w tę wykutą w kuźni harlekinowych mrzonek wizję; dlaczego? By móc pozbyć się męża (a dobytek zatrzymać dla siebie, dość częste sprawy), albo móc na nim się wyżywać, wylewać z siebie cały swój strach i złość w postaci jadu i przemocy, usprawiedliwiając się tym że jest zraniona i nieszczęśliwa przez męża. Jeśli kobieta za młodu stawiała na swoją dobrotliwość, rozwijała poczucie szczęścia niezależne od ciała, innych ludzi itd. (rozwój osobisty), będzie z wiekiem coraz radośniejsza i żywsza, a jej więdnące z wiekiem ciało będzie coraz pełniejsze wewnętrznego piękna. Jeśli stawiała na ciało, będzie w piekle na ziemi. Przeciętna kobieta w wieku 45 lat to przeważnie ruina z żylakami, nadwagą, mniej lub bardziej widoczną grzybicą od cukrów; wtedy trzeba zerwać ze starym trybem życia, gdzie Panowie pomagali za jeden uśmiech, a nastawić się na zupełnie inne, daleko mniejsze możliwości pasożytowania na męskiej chuci, bo i chętnych brak.

Duma albo szczęście, wybieraj

To ciężka sprawa, gdyż opanowanie np. nawyku kilkunastu lat palenia papierosów jest straszne, a co dopiero mówić o czterdziestu latach nawyku, gdzie uśmiech dawał natychmiastową gratyfikację, a Panowie prześcigali się w podlizywaniu i pomaganiu - pozostaje więc obwinianie świata (ludzie są źli i głupi, bo nie chcą służyć za darmo), żal i pogrążanie się w telewizyjnych serialach, a później w kościele na modłach, jedynej odskoczni od koszmaru życia - kaźni który zgotowała sobie sama cierpiąca. I jak pomożesz takiej osobie? Nie dasz jej nowego ciała, możesz za to dać wiedzę jak się zmienić - ale tacy ludzie nie chcą się zmieniać, bo to jest trudne. Muszą więc cierpieć, by dzięki temu zrozumieć że źle pokierowali swoim życiem, źle zainwestowali. Jak ktoś jest chorobliwie dumny, nie chce uznać że postawił na złego konia w gonitwie życia, ratunku dla niego już nie ma.


Dla zachowania wizji siebie jako mądrej osoby która nigdy nie mogła się pomylić, zniszczy swe życie. Kto ma pokorę i dość męczarni, może zacząć się zmieniać, czego początkiem jest uznanie że się źle wybrało - a cierpienie powoli, konsekwentnie zacznie zanikać, odsłaniając nowy obraz siebie i życia, piękniejszy niż wszystko co możemy sobie obecnie wyobrazić. Zmieni się tylko nasz sposób patrzenia, nic więcej - ale to w zupełności wystarczy. Różnica między rozpaczą a cichym, spokojnym szczęściem, leży tylko w sposobie patrzenia, postawie wobec życia. Kto utożsamił swoje szczęście z czymkolwiek co przemija, musi cierpieć gdy tego nie ma, a gdy dostanie pojawia się strach, że to straci. A ludzie myślą że wraz z wygraną w totka, zaczną być szczęśliwi - nic z tego. Jak uczy doświadczanie, to tylko wstęp do najbardziej ponurego rozdziału życia.

Odpicowany złom na erotycznym rynku

Wróćmy na chwilę do tych 45 letnich wraków - Panie oponują że mają dzieci, pracę, nie mają czasu oraz pieniędzy na kosmetyki. To wszystko nieprawda. By mieć zdrowe, silne i jędrne ciało, wystarczy dużo mniej jeść (rezygnacja z pieczywa), oraz robić po pięć, dziesięć minut dziennie proste ćwiczenia - przysiady, pompki, mostki, rozciąganie. Można wspomóc organizm nauką relaksacji, gdzie organizm głęboko odpoczywa od codziennego stresu, regenerując się. Można korzystać z terapii oczyszczających (lewatywa, oczyszczanie wątroby) i za pomocą soków. To wszystko jest śmiesznie tanie, ale trzeba chcieć zrezygnować z porannych bułeczek, pączków, ciastek, batoników, fast foodów - ale się nie chce. Więc jeśli się nie chce, to się wygląda i czuje źle. Albo przyjemność płynąca ze zdrowia i atrakcyjności, albo przyjemność płynąca z ciastek i obfitych obiadów. To Twój wybór, oraz Twoje konsekwencje. Zamiast windy - schody, zamiast dwóch przystanków, spacer. Można? Oczywiście że tak. Tim Ferris w sowjej książce "4 godzinne ciało" udowodnił, że ćwicząc wymachy kettlami piętnaście minut na tydzień, można zbudować całkiem niezłą siłę i ciało. Naprawdę nie da się wyrwać piętnastu minut na dobę raz w tygodniu? Dla kogo ten kit?

Później odkryłem internet, a że całkiem nieźle piszę, zacząłem się umawiać na szybkie randki w celu wiadomym. Na początku byłem pełen poczucia winy, grzeszności, wstydu, ale z czasem te uczucia minęły, a ja zacząłem się świetnie bawić. Poobsiadałem portale randkowe, czaty, nawiązałem znajomość z kolegami, którzy też tak polowali, dzięki czemu wymienialiśmy się Paniami; polowaliśmy w wilczych stadach, potęgując szansę na sukces. Zawsze gdy o tym piszę, Panie pokrzykują że były to dziwki i hiviary - nic bardziej mylnego. Przez moje łoże przewinął się kwiat Warszawskiej kobiecości, od dresiar przez biznesłomenki, artystki do urzędniczek. To całkiem normalne, fajne babki, które musiały ukrywać że lubią seks. Musiały, ponieważ społeczeństwo które uwielbia seks, potępia za to kobiety. Społeczna hipokryzja jest gigantyczna - tym większa przyjemność z łamania wszelkich tabu, śmianie się w nos straszącym piekłem i chorobami hipokrytom, którzy sami już tu i teraz żyją w swoim prywatnym piekle.

Agresja "szczęśliwych"

Gdy zacząłem opisywać to, co dzięki temu zrozumiałem, pojawili się faceci którzy widząc że mam już jakąś wiedzę, zaczęli mi się zwierzać. Było to okropne (wysrywano się we mnie bez litości), ale bardzo potrzebne doświadczenie, które uświadomiło mi że tak naprawdę wszystko co wiemy o kobietach, to mity i kłamstwa. Zacząłem to wszystko opisywać, więc pojawiły się już konkretne reakcje otoczenia. Jedni nienawidzili, drudzy coraz chętniej czytali. Panie już otwarcie atakowały, a skala ich agresji mnie zaskoczyła. Przecież nikomu nie robię krzywdy, prowadząc bloga i opisując moje doświadczenia - skąd więc tak skrajne emocje? Pojawili się Panowie, którzy także byli agresywni - to jak później zrozumiałem, ludzie którzy swój ożenek i potomstwo uważają za wielki sukces życiowy, dzięki któremu czują się lepsi.

Jeśli ktoś jak ja pisze że właściwie stali się ofiarami hormonów, że seks jest w istocie bardzo tani (nie trzeba się dla niego żenić, pozbywać dorobku życia), a rozmnażają się nawet bakterie, czują się tym osobiście obrażeni. To ci goście z brzuszkami, którzy gardzą singlami i bezdzietnymi, na tej pogardzie budując swoje poczucie życiowego sukcesu. "Jestem kimś bo mam dzieci i żonę, nową fabię z salonu". Gratuluję, ale skoro jesteś taki szczęśliwy, skąd tyle złości? Uszanuj mój wybór, ja Twój szanuję.
Człowiek w życiu powinien iść za głosem serca, więc jeśli pragnie dzieci, niech je ma - ale jeśli czuje w środku opór, niech nie wierzy że to się później zmieni - a jak się nie zmieni, tylko pogłębi? Ty cierpisz, dziecko także wyczuwa cierpienie, nawet skrywane za parawanem miłych słówek, mamy więc rodzinny dramat, bo ktoś dał się zastraszyć drwinkom zazdrosnych mędrków. Większość rodzin to wytwórnia patologii, bo dzisiejszy, pełen przemocy i zła świat, to są przecież dzieci z takich rodzin - jak szczęście i dobro może zrodzić zło? Oni tylko oddają to, co dostali od rodziców w dzieciństwie. Niestety, wychowanie dziecka to nie tylko pieniądze i dbanie o podstawowe potrzeby, ale nauka swoim własnym przykładem, a tu już wiele rodzin daje kompletnie dupy. Jeśli rodzice są nieszczęśliwi, zakompleksieni, sfrustrowani, to dziecko właśnie to a nie słodkie słówka dostaje w pakiecie - i różnie przejawia. Jedno będzie całe życie lękowcem, inne będzie miało depresję, kolejne przemieni strach w przyjemniejszą społecznie formę, czyli agresję i zostanie bandytą, politykiem albo korwinowcem.

Jak smakuje Bestia?

Jednak z puli Pań syczących, część z nich była ciekawa jak smakuje łóżkowe tango z bestią, potworem który zagląda nie tylko do umysłu kobiet, ale i pod ich sukienkę; korzystałem, bo niby dlaczego nie? Okazało się że istnieje część kobiet (bardzo mała), która mi zakomunikowała że mam rację. Niektóre z Pań mówiły mi wprost, jakie jeszcze konkretnie stosują manipulacje. To niezwykła rzadkość, by kobieta się nie tylko do tego przyznała, ale żeby w ogóle była świadoma co robi. Większość Pań żyje jak robot, nieświadoma tego że w określony i zaprogramowany w dzieciństwie sposób reaguje. Uczucia i myśli których doświadczają, uważają za swoje, co oczywiście jest nieprawdą. Emocje i myśli są wynikiem wychowania i socjalizacji, wytwarzania nawyków, więc nie tylko można, ale i trzeba je zmieniać (jeśli są dla nas niekorzystne). Takie życie przypomina sen, a raczej senny koszmar. To właśnie one najgłośniej krzyczą, potępiają i osądzają inne kobiety, by na ich tle poczuć się lepszą - jak ktoś czuje się nikim, tylko w ten sposób umie chociaż na chwilę poczuć się "na górze". Głównym jednak celem obrzucania gównem są prostytutki, które uniemożliwiają szantażowanie męża brakiem seksu.

Płacisz dwieście złotych, i trzymane migreną małżonki od miesiąca napięcie znika - trzeba zacząć od nowa. Gorzej że mężczyzna wtedy widzi, że dla seksu nie trzeba zapisywać mieszkania małżonce, oddawać oszczędności, bo seks jest śmiesznie tani. Więc niemal wszystkie Panie jednym głosem przekonują, że dziwka to najgorsze, najohydniejsze co istnieje - bo za dwieście złotych daje to, za co naiwni faceci płacą dobytkiem życia. Prostytutka psuje pobożnym, "normalnym" małżonkom świetny interes, jakim często jest krańcowa eksploatacja oszołomionego pragnieniem cipki mężczyzny. Dlatego od lat głoszę dobrą nowinę wszystkim spragnionym i głodnym mądrości, uciskanym braciom samcom - cipki są właściwie za darmo, tylko trzeba wiedzieć jak się do nich dobrać. Ponieważ ja wiem, już się nie dam nabrać. Być może ten fakt budzi tak niezdrowe emocje, skierowane przeciwko mnie, Państwa uniżonemu słudze.

Kłamstwo źródłem wiedzy o życiu

Jednak szczytem było poznanie ludzi, którzy opowiadali mi jak wewnętrznie rozbite małżeństwo, nienawidzące się i zdradzające, ćwiczy w domu najdrobniejszy szczegół, by inni myśleli że się kochają na zabój - a romantyczki widząc to płaczą, wierząc że szczęście w związku istnieje, a to że one go nie czują, to na pewno wina męża. Szczęście to nawyk, nic więcej; nawyk cieszenia się życiem. Nikt nie może nam go dać, albo zabrać. Jeśli nie masz nawyku cieszenia się życiem (trzeba go wyćwiczyć powtarzaniem), jesteś żebrakiem i nędznym cwaniaczkiem, który wykorzystuje ludzi i sytuacje, by poczuć w sobie te mityczne, opiewane w harlekinach i komediach romantycznych szczęście. Dlatego właśnie spotyka Cię cios za ciosem - bo wykorzystujesz ludzi, niszczysz ich, chcąc wycisnąć jak cytrynę. Czym się różnisz od złodzieja, mordercy? Zabijasz w ludziach wiarę w świat, więc mordujesz duszę a nie ciało - a wszystko dlatego, bo nie chce Ci się rozwijać swego nawyku cieszenia się drobnostkami; lepiej liczyć że pomachasz nóżką, a jakiś samiec przyjdzie i wtłoczy w Twe żyły endorfiny, a w portfel pieniądze na kosmetyczkę i waciki. Pusty! Płytki! Zraniła Cię kobieta! Emocjonalnie niedorozwinięty gówniarz! Być może... To już całkiem zburzyło mur dawnych wierzeń, dzięki czemu mogłem wyruszyć dalej, ku samemu jądru wiedzy.

Na tym etapie zarabia się najlepsze pieniądze, ma dostęp do dużej ilości inteligentnych ludzi, czyli dla zdolnego człowieka otwiera się wiele możliwości. Ale ponieważ ciągle czułem w sobie ból i głód, nie doznałem głębokiego spełnienia, wkraczałem w ten świat coraz głębiej, rozumiejąc coraz więcej rzeczy które mnie oszołomiły.

Związek wyzwala hormony przyjemności

Ludzie wchodzą w związki dla przyjemności, oraz dla uniknięcia nieprzyjemności bycia pogardzanym singlem. Związek to taka sama przyjemność jak ciastka, papierosy, alkohol i narkotyki - na poziomie ciała są to te same związki chemiczne, które warunkują stan zadowolenia. Związek daje największy haj, więc dlatego miliardy ludzi żyje marzeniem o nim. Chcą się poczuć dobrze, nie wiedząc że za chwilę satysfakcji zapłacą dwudziestoma chwilami ciężkiego kaca. No cóż, w życiu za darmo jest tylko ser w pułapce na myszy. Właśnie dlatego byłem lubiany i proszony o coachingi (jak się to teraz modnie nazywa), ponieważ ludzie chcieli szybciej i sprawniej zdobyć porcję przyjemności, w postaci seksu bądź związku - chcieli też nauczyć się, jak ją utrzymać na dłużej. To i większość spraw o których piszę, bardzo dokładnie wytłumaczyłem w książce "Stosunkowo dobry".

Taki coaching jest dość prosty. Omawiamy jak działa kobieta, że kieruje się przy wyborze mężczyzny podświadomością, ma wzorce które preferują silniejszego psychicznie mężczyznę, czego trzeba się nauczyć (najlepiej trenując samoocenę, udawanie nie ma sensu). Proste sprawy jak się nie dać zdominować, budować granice, tworzyć miksy emocji (raz złość później czułość) by wzbudzać zainteresowania, oraz jak działać, by nie przegrać mieszkania i życia w sądzie. Coachingi które robiłem, można traktować chociażby jako coachingi alkoholowe. Siadamy i rozmawiamy jak pić, żeby euforia trwała jak najdłużej, kac był jak najmniejszy, wymioty ograniczyć do minimum a biegunkę dotrzymać w jelitach do domu. To wszystko działa na takiej samej zasadzie - i jest kłamstwem, ponieważ to co później zrozumiałem, to fakt że człowiek jest sumą programów (wzorców), które można zmieniać. Oczywiście czytałem o tym już dużo wcześniej, ale istnieje duża różnica między informacją a jej pełnym uświadomieniem.

Wycisnąć jak najwięcej serotoniny

Coaching to próba zwiększenia wydajności, wyciśnięcia więcej przyjemności - skazana z góry na porażkę. I to jest straszny błąd, gdyż jeśli nawet nauczyłem kogoś jak mieć więcej wilgotnych spotkań z Paniami, to jednocześnie go unieszczęśliwiłem. Jeśli ten człowiek utożsami swoje poczucie zadowolenia z seksem, podświadomie będzie rósł w nim strach i złość. Pomyślmy na spokojnie - im więcej razy coś powtarzasz, tym mocniejszy staje się nawyk. Jeśli dawniej paliłeś kilka fajków dziennie, po roku będziesz palić paczkę. By utrzymać zadowolenie na stałym poziomie, trzeba coraz więcej dostarczać bodźca (papierosów, alkoholu, ciastek, seksu itd.). Czyli żyjąc seksem, wielką przyjemnością, przyzwyczajasz się do niego, potrzebując coraz więcej seksu, oraz coraz bardziej perwersyjnego, gdyż zwykły nie budzi już takiego dreszczu emocji co dawniej. Najczęściej idzie się w kierunku mężatek, gdyż daje to masę adrenaliny). Ale z czasem Twoja wydajność będzie spadać... można stać się impotentem, zachorować na prostatę, złapać chorobę weneryczną, co wtedy? Czeka Cię długotrwały, bolesny odwyk. Im mocniej kochasz seks, tym większa będzie rozpacz, poczucie bezsensu zycia pozbawionego największej przyjemności. Póki jeszcze możesz kopulować, strach przed tym zaczyna się w Tobie kumulować, powodując niewidoczny (na początku) stres. Zaczynasz też na bardzo głębokim, nieświadomym (póki co) poziomie, nienawidzić kobiet - za to że Twoje zadowolenie jest od nich zależne, że musisz grać, kłamać by zdobyć swój narkotyk, czyli seks. Ponieważ przez wiele lat medytowałem, uświadomiłem sobie wszystkie te sprawy, dzięki czemu łagodnie przeszedłem od korzystania z wdzięków Pań, do właściwie niewymuszonego celibatu.

Znam cenę tego sportu, co mocno tłumi moje pożądanie. Ale zawsze mam w sobie głęboki szacunek do tych wszystkich Pań, dzięki którym mogłem wejrzeć w głąb siebie, poznać to co mną kieruje, odkryć mój potencjał. Gdy teraz patrzę na kobietę, widzę dzieło sztuki, podziwiam ich emocjonalną energię, ciało i emanację - rozkoszuję się nimi tak, jak wschodami słońca, które budzą we mnie niezwykłą radość i poczucie bliskości. Wchłaniam nie tylko wzrokiem ich esencję, widząc w kobiecie Boskie piękno. Wszyscy przecież jesteśmy aktorami, grającymi przypisane nam role.

Moi samcy

Jeśli więc Ci pomagam w tych sprawach, jednocześnie wpycham Cię w szpony depresji, tylko na razie tego nie widzisz. Ale zobaczysz. Gdy to zrozumiałem, zupełnie zmieniłem linię nauczania moich samców - teraz uczę jak nauczyć się kochać siebie, odczuwać do siebie życzliwość; jak się z samym sobą poczuć dobrze. Gdy uda Ci się to zrobić, a nie jest to łatwy proces, gdyż dziesiątki lat byłeś uczony nienawidzenia siebie, pojawi się duża przyjemność, spokój, poczucie pogodzenia z samym sobą. Wtedy każda ze światowych rzeczy, nigdy Cię nie pochłonie tak, by jej utrata albo strach przed nią, niszczył Ci życie. To jedynie słuszna linia rozwoju, a bardzo możliwe że poznam jeszcze wyższe stopnie wiedzy. Wtedy kolejny raz przyznam że się myliłem. Gdy zdobędziesz, uchwycisz przyczółek życzliwości do siebie, już nigdy nic w świecie Cię tak mocno nie zrani, nie skrzywdzi, nie rozpieprzy w proch. Ani pieniądze, ani nierealne oczekiwania wobec ludzi i świata, ani kobieta, ani żadna rzecz która z tego świata pochodzi.


www.braciasamcy.pl  zapraszam na moje forum.

--------------------


Zapraszam do kupna moich e książek "Stosunkowo dobry", oraz "Wyprawa po samcze runo" w E wersji, KLIK albo papierowej KLIK.  Zapraszam wszystkich serdecznie na mój fanpage KLIK, Bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy poczuwają się do dbania o cały ten interes i go finansują KLIK, także poprzez PayPal, mój meil to Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

środa, 14 styczeń 2015 21:19

Męska przestrzeń szczęścia

Mój znajomy po zaobrączkowaniu, usłyszał od małżonki, nabierającej wraz z "poczuciem bezpieczeństwa" masy tłuszczowej i bezwzględności, stanowczy rozkaz - koniec z medytacją i temu podobnymi głupotami. Koniec z gówniarstwem, najwyższa pora przestać być małym chłopcem, dojrzeć i nałożyć spodnie. Prawdziwy mężczyzna nie medytuje, nie dba o swoją Duszę - tylko o swoje ciało i pracę, by można pokazać fajne mięcho w audi koleżankom, zrobić dzióbka z dziećmi i mężem w cieniu piramid i obsranego wielbłąda, by wszyscy na fejsie pisali że świetnie wyglądacie, co w dzisiejszym świecie jest oznaką szczęścia; niech singielki płaczą i rozpaczają, oglądając zdjęcia szczęśliwej (na zdjęciu) mężatki. Z upływem czasu i przyrostem masy małżonki, nawet dbanie o ciało jest nazywane niedojrzałością emocjonalną, parawanem skrywającym kobiecy strach o atrakcyjność męża, którego zasoby złowić może młodsza, ładniejsza kobieta.

Piękno jest w nas, nie na zewnątrz

Medytacja w wydaniu kolegi (jak to teraz widzę), była zaawansowaną relaksacją. Człowiek siada na krześle, koncentrując się na przedłużanym wydechu (wdech 3s, wydech ok. 7s, proszę spróbować) i swoim ciele. Mięśnie pod wpływem uwagi powoli się odprężają, myśli zwalniają, pojawia się bardzo przyjemne wrażenie ciężaru i ciepłoty ciała - nasz umysł doświadcza spokoju, cichej radości, a wraz z praktyką (po ok. pół roku systematycznego treningu) pojawia się zrazu niedostrzegalne, ale coraz to potężniejsze uczucie cichego, czystego szczęścia - które polega na tym, że nasza uwaga (koncentracja) przeskakuje z nierzeczywistych, sztucznie wykreowanych przez media i otoczenie problemów (wygląd ciała, pozycja społeczna, brak przedmiotów dających przyjemność) na realne odczucia ciała.


Różni się ono znacznie od tego, co wzbudza nasze pozytywne emocje (zakochanie, stan euforii po alkoholu czy narkotykach, dyskoteka, obicie komuś widowiskowo mordy gdy inni z podziwem patrzą) - jest znacznie piękniejsze, kojące, pozostawiające po sobie zaspokojenie i satysfakcję, a nie coraz większy głód doznań i emocji. Ten stan można opisać tylko słowem "piękno" - każde inne zafałszuje te jedyne w swoim rodzaju odczucie. Te piękno to przestrzeń w nas samych, ukojenie i pewność że znaleźliśmy swoje miejsce, że jest naprawdę dobrze - bez względu na to, co dzieje się po drugiej stronie lustra (stan ciała, finansów, pozycja społeczna). Jest pięknie, dobrze, cudownie... chce się żyć, lęk znika, pojawia się siła, energia, chęć do życia, poczucie wielu możliwości. Człowiek zaczyna smakować życie, bawić się nim na luzie; dramat zmienia się w komedię romantyczną, obserwowaną z pewnej odległości.

Wielka ściema

Sztuka relaksu i medytacji, to przede wszystkim nawyk - im częściej powtarzany, tym uczucia nim wyzwalane są głębsze, oraz można je znacznie szybciej wywoływać. Na początku człowiek siedząc czuje się strasznie - chce się gdzieś iść, pojawia się niecierpliwość, wszystko zaczyna drapać i swędzieć, każda myśl staje się pretekstem do przerwania ćwiczenia.

Ktoś kto rozumie, że przez to trzeba po prostu przejść (jak trzeba czasem iść do dentysty), da sobie radę. Z czasem ogarnia nas coraz większy spokój - a przynajmniej w moim przypadku, po kilku latach stosowania, umiałem stan odprężenia wywoływać samą tylko myślą. Ponieważ byłem młody (i głupi), nie miałem wiedzy i zrozumienia o procesach które się we mnie wtedy odbywały, zrezygnowałem pod wpływem pewnych dziwnych doświadczeń z praktyki. Największa ściema to wiara ludzi, że wszystko co piękne i cudowne jest na zewnątrz. Bóg ma być w kościele z cegieł, a szczęście gdy się ohajtasz i wygrasz szóstkę w totka - tymczasem wszystko co naprawdę najlepsze (łącznie z Bogiem i szczęściem) jest w Tobie, czyli jest nawykiem odczuwania który trzeba WYTRENOWAĆ. Oczywiście niniejsze słowa oburzą Panie, kapłanów, korporacje, czyli wszystkie te siły, które na Twoim braku wiedzy o sobie potężnie zarabiają.

Naucz się reagować

Relaksacja daje zdrowie ciała (organizm może się odbudowywać, regenerować), umysłu (wyluzowanie, spokój) - daje też człowiekowi wolność, której nie zna i nie pozna w swym tragicznym życiu większość ludzi, utożsamiająca swoje szczęście ze związkami, przedmiotami, przemijalnymi i nietrwałymi rzeczami. Medytacja daje szczęście wywoływane nawykiem - nie można człowiekowi zabrać tej umiejętności, wymusić jej oddania. Jak ukraść człowiekowi nawyk, pamięć neuronalną? Myślisz o odprężeniu i radości, a ono natychmiast się pojawia (w NLP nazywa się to kotwicą). Im więcej razy przechodziłeś całą tę sekwencję (medytacja i odprężenie), tym potężniejszym jest to nawykiem. Jedyne co wtedy można zrobić, to przekonać albo zmusić człowieka by tego nie robił - a nawyk z czasem będzie tracił swą siłę. Jednak można go odzyskać i szybko wdrożyć.

Ludzi można nauczyć reagowania agresją, wściekłością (sporty walki, żołnierz, pies obronny), ale można też nauczyć reagowania spokojem, radością i poczuciem spełnienia - jeśli ktoś posiądzie tę umiejętność, staje się społecznie niezwykle potężny; nie można na niego wpływać krytyką ani komplementem, ponieważ ma własne "zasilanie", czyli sam umie wyprodukować z siebie poczucie szczęścia. To wielkie zagrożenie dla każdej osoby, która chciałaby w jakikolwiek sposób na nim żerować. Dopóki ten ktoś ćwiczy umiejętność bycia szczęśliwym (bo to się ćwiczy, a nie o to żebra u ludzi), jest nadczłowiekiem. Jeśli przestanie, stanie się zależny od otaczających go ludzi, straci swą wolność. Każde poklepanie po pleckach, będzie go drogo kosztować (nie tylko emocjonalnie, ludzie żyrują kredyty, a później latami płaczą po sądach, że nie wspomnę o samosądach dokonywanych siekierą).

Niezależność daje wolność i poczucie godności

Jeśli małżonka będzie chciała na nim coś wymusić, mąż może uciec w stan relaksu i cichego szczęścia. A wymuszenie udaje się tylko wtedy, gdy ofiara cierpi, boi się jakiejś straty (seksu, świętego spokoju, rodzinnej sielanki) - by przestać cierpieć, mąż robi to co chce jego oprawca w mini. Kobiety instynktownie wyczuwają, że medytujący i szczęśliwy mąż jest dużo bardziej niebezpieczny, niż agresywny kryminalista - ponieważ poza kobietą ma swój własny świat, jest niezależny od jej humorów. Nie można nim kierować i manipulować za pomocą wrzasków, płaczu, szantażu emocjonalnego - nie można też odejść, licząc że się zapije i potnie - bo wejdzie w stan medytacji, a trenowany latami nawyk wyciągnie go z niemal każdego ciosu od życia.

Może dlatego mam takie powodzenie u kobiet, chociaż jestem tylko ociupinkę przystojniejszy od diabła? Kobiety podskórnie czują, że jestem "ciężki przypadek", więc walczą o satysfakcję uzyskiwaną z pokonania takiej obwarowanej twierdzy... a by wygrać uruchamiają seks, życzliwość, zrozumienie; wszystkie wunderwaffe kobiet, używane od wieków by wygrać z silniejszym cieleśnie mężczyzną. To najpierw mnie podniecało, korzystałem z tego, ale teraz mnie ogranicza, krępuje, dusi. Kobiety kochają zdobywać to, co silne - a ja jestem silny, bo czuję i wiem że to nie związek ma dać mi szczęście, a moja praca nad własnym nawykiem. Szczęście mogę dać sobie sam, nie muszę do tego używać kobiety, która może później postawić warunki i mnie szantażować. Dopóki mam źródło, jestem niezależny. Jeśli zastąpię je na pocałunki i ciasną cipkę ślicznotki, stanę się niewolnikiem który będzie żył w lęku o odejście przyjemności - a ja nie chcę tak żyć. Trochę już przeżyłem, więc nikt mi nie wciśnie kitu że mężczyzna do szczęścia potrzebuje kobiety - mężczyzna do szczęścia potrzebuje tylko i wyłącznie chęci, by pracować nad sobą, nad swoimi nawykami (czyli podświadomością).

Najpierw związek ze sobą, później reszta

Każda prawdziwa, rasowa kobieta dąży do zasypania źródła szczęścia, by zdobyć władzę absolutną - a gdy to się uda, pojawia się u naszej władczyni męskiego mięsa depresja, ponieważ brak celu do zdobycia sprawia że organizm przestaje być pobudzony, znika energia, seks, chęć do życia - a kobieta szuka winnego, i zawsze chłop nim będzie, bo tak najwygodniej. I tak źle, i tak niedobrze. Dlatego nigdy nie dopuszczam do sytuacji, gdy kobieta cierpi na męki egzystencjalne - taki ze mnie dobry Samarytanin :) Sensem życia człowieka, jest porozumieć się ze swoją emocjonalną częścią (zwaną podświadomością albo Duszą), co oznacza związek idealny. Emocje wspierają Cię w każdej chwili życia, zamieniając je w raj. I najpierw trzeba to załatwić (lata pracy, ale warto), a później brać się za rzeczy, które z łatwością mogą nas zniszczyć. Jeśli nie masz w sobie własnej, bezpiecznej przystani, kobieta z całą pewnością Cię zniszczy - Ona albo strach przed jej utratą.

Widziałem pięknego duchem mężczyznę, a teraz widzę wykastrowanego wieprzka, który w imię codziennego obiadu, seksu raz na miesiąc (przy wypłacie, co z czasem też minie) - pozbawił się najważniejszej w życiu rzeczy. Żona może odejść, dzieci znienawidzą, zdrowie może paść, ale nawyk wdzięczności i szczęścia musi być trenowany dzień w dzień, latami, przez całe życie. Kto rozumie te zależności, przetrwa każdy życiowy wstrząs; KAŻDY. Kto nie rozumie, jest jak łódeczka. Póki nie ma dużych fal, świeci słońce - ale w każdym momencie może nadejść sztorm, zatopić łódeczkę bądź zniweczyć każdy dystans który przebyła.

Trening czyni człowieka wolnym

Mam worek bokserski na dworzu, i nie mogę zainstalować go w domu - więc minus dziesięć stopni, wiatr, śnieg, deszcz, a ja codziennie trenuję. Jestem wypity, nażarty tak, że nie mogę się ruszać, nawet chory - wychodzę te kilka minut poćwiczyć. Bo ktoś kto mnie napadnie, nie da mi taryfy ulgowej bo jestem nażarty czy pijany. Nie zrozumie że właśnie przeżywam jakiś dramat, bolą mnie jajka, mam dołka i się wściekam że mnie nie stać na nowy samochód; zaatakuje. A ja muszę mieć nawyk walki i reagowania bez względu na to, co się w moim ciele czy umyśle wyprawia. Muszę się tego nauczyć, wyćwiczyć nawyk, zdobyć umiejętność - oraz modlić się bym nigdy tego nie musiał sprawdzać w praktyce. Podobnie jak napad, możesz zostać zdradzony - i nastąpi to w takim momencie, kiedy będziesz najsłabszy. Wtedy zrozumiesz że inwestując całego siebie w związek, postąpiłeś nierozważnie - bo wszystko co dałeś, stracisz, a to potężny ból na wiele lat.

Będąc w związku, nawet najlepszym - musisz zrozumieć że kobieta może jednego dnia zapewniać że Cię kocha, a drugiego odejść, zdradzić Cię. Nie możesz się tego bać, a jedynym sposobem by się nie bać, jest pewność że dasz sobie radę gdy cała otaczająca Cię rzeczywistość (żona, obiadki, dzieci, dom, pieniądze) runie z hukiem. Jeśli wiesz że Cię to zniszczy, boisz się - a strach zniszczy wszystko. Będziesz panikował, gniewał się, wrzeszczał, pojawi się zazdrość, awantury... u podłoża tych zachowań będzie zawsze strach. By tak się nie stało, naucz się chociażby treningu autogennego, zalecanego przez psychiatrów. Jeśli masz w sobie trochę wariata, idź za moimi wskazówkami (np. z mojej książki "Stosunkowo dobry") gdzie uczę Cię, że warto codziennie ćwiczyć nawyk wdzięczności, szczęścia. Trzeba ćwiczyć, pracować, wykształcać potężny nawyk codziennie. Inaczej fale życie Cię pochłoną, zatopią, rozpieprzą i zniszczą.

Wolność i swoboda, sól w oku otoczenia

Jeśli zrozumiesz to co piszę, a są to bardzo proste sprawy, staniesz się jak żywy człowiek w falującym tłumie trupów. Wszystkie sznurki za które pociągano byś tańczył jak Ci zagrają, zostaną przecięte. Zacznie znikać strach, poczucie winy, smutek... nie można się bać, jeśli szczęście jest w Tobie, jeśli umiesz je w sobie wyzwalać samą swoją decyzją. Nie będziesz zależał od przedmiotów, ludzi, okoliczności, znikną pęta które Cię wiązały, co mogłeś nazwać życiowym sukcesem i stabilizacją - ale gdy doświadczysz mocy nawyku, gdy go potężnie wzmocnisz, zrozumiesz że wszystko czym się chełpiłeś, było rzygowinami i niczym więcej.

Zwykły facet po rozstaniu z kobietą, strasznie cierpi. Dół, depresja, sraczka i wódka codziennie, a są i gorsze rzeczy, pobicia, więzienie czy zabójstwo. Gdy faceta ktoś silny zaczepi, zwyzywa np. na ulicy przy innych, latami będzie to przeżywał i cierpiał w środku. Nawet spotkanie kogoś wyższego, przystojniejszego, bogatszego - kto nas olewa albo ignoruje czy nami gardzi, może być przyczyną wielkiego cierpienia. Ale Ty już nie będziesz na to podatny, ponieważ nawyk wdzięczności i radości wyprze wszelkie inne stany emocjonalne. Wyrób nawyk czucia szacunku do siebie, życzliwości do siebie - to wszystko da się wytrwałym powtarzaniem wyćwiczyć, tak jak ćwiczy się negatywne emocje u żołnierza, by atakował i nie myślał że za chwilę straci nogi w interesie tłustych świń na szczytach władzy.

www.braciasamcy.pl  zapraszam na moje forum.

--------------------


Zapraszam do kupna moich e książek "Stosunkowo dobry", oraz "Wyprawa po samcze runo" w E wersji, KLIK albo papierowej KLIK.  Zapraszam wszystkich serdecznie na mój fanpage KLIK, Bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy poczuwają się do dbania o cały ten interes i go finansują KLIK, także poprzez PayPal, mój meil to Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

czwartek, 08 styczeń 2015 22:30

Najważniejszy związek Twego życia

Kiedy za małolata dostałem w mordę, zafascynował mnie proces dziejący się w mojej tłuczonej jak mielone głowie; wiedziałem że muszę oddać, że dam sobie radę, ale strach był silniejszy. Jedna część mnie chciała oddać, a druga, niestety znacznie mocniejsza, uciekać - byłem poddany popularnej torturze rozciągania końmi emocji i rozsądku.

Gdy dziewczyna robiła mnie w konia tak ewidentnie, że nawet ja się na tym poznałem, wiedziałem że muszę skończyć znajomość - ale pragnienie łaskotek w jądrach i gorące jak piaski pustyni pocałunki, tłumiły skutecznie zdrowy rozsądek.

Emocja zawsze wygra z logiką

Oczywiście czytałem o podświadomości, ale nie uświadamiałem sobie tego, co to tak naprawdę dla mnie znaczy. Myślę że trzeba osiągnąć jakiś wiek (u mnie to było po trzydziestce), by mocno uświadamiać sobie takie sprawy, głęboko poczuć co to dla nas oznacza. Myśl (muszę się bić) i emocję (bałem się zemsty osiedlowej grupy) traktowałem jako coś jednego, jako wyraz siebie.

Musiało minąć wiele lat czytania, medytowania, bym uświadomił sobie że tak naprawdę te czerstwe, rubaszne i w sumie sympatyczne ciało zwane Markiem, zamieszkują trzy oddzielne osobowości. Jedna to świadomość, logika, żelazne fakty, czyli wiedza że jak się nie będę bił, to będę lamusem którego słabość będą chcieli wykorzystać inni - a druga to podświadomość (zwana przez niekórych duszą), czyli system pamięciowo - skojarzeniowo - emocjonalny o inteligencji trzylatka, który nie rozróżnia czasu i nie umie wyciągać wniosków - ten system bał się panicznie bójki, bólu, przegranej. Trzeci pasożyt w moim ciele to obserwator - mogę obserwować swoje myśli, ich szalony tętent w swej nieszczęsnej, ubijanej kopytami namiętności głowie (umysł świadomy), oraz emocje, skojarzenia, odruchy (podświadomość) - a więc skoro mogę je widzieć, nie mogę nimi być. Tę trzecią część zostawmy w spokoju, ponieważ nie mam najmniejszego pojęcia czym ona jest, chociaż to właśnie ona teraz obserwuje co piszę.

Trzech Muszkieterów

Tak naprawdę wszystkie moje dziewczyny były całowane, pieszczone i rozkosznie wykorzystywane przez Trzech Muszkieterów - monogamia jest więc mitem. Czy to nie zabawne? Ciało Marka nieobyczajnie podryguje jak królik na kobiecym ciele, gryzie, sapie, trzepocze językiem w jamie ustnej spryciuli, chcąc wycisnąć maksimum endorfin ze swego układu wydzielania dokrewnego - a tak naprawdę w trakcie kochania się mamy trzech cwaniaczków, z których dwóch jest jakby na gapę. Obserwator - bezstronny, chłodny podglądacz. Świadomość, umysł, ego - wiadomo, zboczuś; podświadomość, cwaniaczek na krzywy ryj, erotoman. Liczba trzy jest symboliczna; jest nas trzech w jednym ciele, a Panie mają trzy sekretne róż - przestrzenie, gdzie mogą ugościć me trawione żądzą ciało.

Jest wiele definicji szczęścia i spełnienia w życiu. Myślę że stan satysfakcji pojawia się wtedy, gdy świadomość i podświadomość chcą tego samego, podążają w jednym kierunku - wtedy intelektualne decyzje mają wsparcie emocji, potężną ochronę i napęd. W książce "Stosunkowo dobry" opisałem na przykładzie chociażby osobowości mnogiej, jak potężną moc ma podświadomość - to niemalże cuda, chociaż dokładnie opisane przez psychiatrię. Ponieważ przez te wszystkie lata przeczytałem większość książek nie tylko o podświadomości, chciałem napisać coś absolutnie łatwego w odbiorze, coś - co zrozumie nawet głąb kapuściany. Może to megalomania, ale sądzę że się udało. Mam nieopisaną satysfakcję, gdy ktoś kto uważał się za życiowego frajera nagle uświadamia sobie, jaką bombę atomową w sobie nosi. Trudno wierzyć w swoje frajerstwo, gdy się zrozumie jaką ma się moc, siłę.

Telewizyjne ćpuny

Emocje są silniejsze niż logika - to emocje i nawyki nami kierują, a nie umysł świadomy, za to umysł te nawyki wytwarza i daje im siłę, wzmacnia je powtarzaniem, skupianiem na nich swej uwagi. Np. fanatyk złych wiadomości telewizyjnych, tworzy w sobie wzorzec strachu poprzez powtarzanie reakcji lękowej, a z czasem strach przejmuje nad nim kontrolę - zamieniając życie w piekło, wkraczając w każdą życiową szufladkę (związki, finanse, zdrowie). Znam wielu fanów tragicznych newsów, które tak naprawdę są ćpaniem - organizm poddany lękowi wytwarza stan szoku, otępienia. Jeśli ktoś nie radzi sobie z myślami, emocjami, obejrzy telewizję i najnowsze newsy, przejmie się tym co dzieje się po drugiej stronie kuli ziemskiej, po czym jego organizm wytworzy stan otępienia w odruchu obronnym. Jedni ćpają, inni palą, kolejni piją wódę, a są tacy co lubię się "podładować" jakąś tragedią, zgonami, wypadkami.

Jak podświadomość może Ci pomóc w życiu? Gdy trzeba dać w mordę, zaleją Cię takie emocje, że zrobisz to w sposób absolutnie wydajny, kosztem najmniejszych strat dla siebie. Nie chcę żeby wyszło że się chwalę, bo nie ma absolutnie czym, ale już po kilku latach ćwiczenia (worek bokserski, pompki, podciągnięcia codziennie) i postanowieniu że już nikt bezkarnie mnie nie uderzy, w przypadku zagrożenia momentalnie niszczyłem agresora, który miał nade mną przewagę siły i agresji - kiedy ja się bardzo bałem. No cóż, zrobiłem to kilka razy. Podświadomość potrafi w sposób niezwykle potężny zwiększyć siłę, wytrzymałość na uderzenia, trudno opisać te wzmocnienie, bo i niewiele pamiętam.

Szacunek do siebie czyni Cię niewidzialnym dla wrogów

Niekoniecznie jednak musi dojść do bójki - doprowadzenie do niej jest niezależnie od wyniku walki porażką. Podświadomość ma takie możliwości, że agresor nagle poczuje że jesteś spoko, i po prostu odpuści. To już wyższa szkoła jazdy, ale są ludzie którzy umieli tak "ustawić" podświadomość, by właśnie w taki sposób ich broniła. Ktoś kto naprawdę lubi siebie, w ogóle nie sprowokuje nikogo do napaści - ale pojęcie lubienia siebie jest często mylone z pychą, dumą, wyglądem ciała czy zadowoleniem z siebie. Szacunek i życzliwość do siebie, to przede wszystkim selekcja informacji jakie w siebie wpuszczasz swoją uwagą - ktoś kto naprawdę się lubi, nigdy nikogo nie osądza, nie obraża się, wybacza wszelkie krzywdy, nie przejmuje się telewizyjnymi i sąsiedzkimi tragediami, które rujnują zdrowie i szczęście ludzkie - a przede wszystkim nie ma w sobie nawet miligrama poczucia winy, które przyciąga kłopoty jak piwko Państwa ulubionego felietonistę. Mądry człowiek nigdy nie wpuści w sferę swych emocji negatywnych emocji, nie pozwoli by się zagnieździły, wzmocniły i na nim pasożytowały.

Gdy ktoś Cię źle traktuje, do wiedzy (umysł) że ta osoba nie pasuje do Ciebie, dołączą emocje (podświadomość) dyskomfortu na samą myśl o tej osobie. I po temacie wieloletniej miłości, zaczynasz radośnie od nowa, mając czyste emocjonalnie konto - a teraz spójrz jak kończą inni ludzie po rozstaniu; chlanie miesiącami, rozpacz, nienawiść, narkotyki, bójki. Lećmy dalej - jeśli ktoś będzie Cię prowokował, nie zareagujesz jak chce prowokator, ponieważ odczujesz w sobie rozbawienie. Ktoś kto nie ma kontaktu z podświadomością, nie umie jej zmieniać, rozmawiać z nią, poczuje gniew, żal - i kłopoty karno - zdrowotne gotowe. Ale to dopiero początek cudów.

Skąd ten ból?

Jako młody człowiek, przebywając z bogatszymi, bardziej poważanymi w grupie kolegami czy innymi, bardziej znaczącymi ludźmi, towarzyszyło mi gdzieś w tle ciągłe uczucie bycia gorszym, niekochanym, słabym. Gdy byłem z dziewczyną, czułem że jestem brzydki, nieatrakcyjny. Gdy ktoś się źle spojrzał, coś powiedział nieprzyjemnego, wypełniały mnie bolesne uczucia bycia zranionym, rozżalonym - więc atakowałem (pyskowaniem, pięścią w ostateczności), a gdy nie mogłem pojawiało się silne przygnębienie, niepowstrzymana niechęć do życia, tęsknota za śmiercią i unicestwieniem, które jest w istocie pragnieniem by nieprzyjemne emocje nas zostawiły w spokoju. Oczywiście takie uczucia pochodzą z podświadomości, właśnie tak ukształtowanej przez nasz umysł.

Myślałem że jestem nienormalny, więc oczywiście to ukrywałem. By sobie pomóc, korzystałem z tego co znałem, w więc wchodziłem coraz mocniej w katolicyzm, oraz proponowane mi przez otoczenie metody ratunku przed złymi, bolesnymi uczuciami. Ale to wszystko jeszcze mocniej mnie rujnowało, gdyż w świecie nikt nie chce Cię z tego wewnętrznego bólu wyleczyć - bo straciłby źródło utrzymania. Zarabia się na stanie chorobowym a nie zdrowiu, więc wszystko co Ci polecają, może pomóc jedynie na chwilę. Paliłem kilkanaście lat (nie palę dziesięć lat), piłem (ba! piję nadal), ćpałem, medytowałem, modliłem się, miałem dwuletni okres kiedy masowo zaliczałem dziewczyny z czatów, portali randkowych itd. - to wszystko miało swój urok, ale i konsekwencje. Jeśli coś powtarzasz tysiące razy, a ciągle czujesz się źle - to jest to złe.

Drapieżniki Cię nie zbawią

Nagle wydało mi się to wszystko bardzo oczywiste - religia Cię nie zbawi, bo zbawiony nie potrzebuje usług korporacji religijnej. Po co pośrednik, jak masz bezpośredni kontakt z mocą stwórczą? Dlatego pośrednik robi wszystko co w jego mocy, byś tego kontaktu nie miał - bo Twój sukces oznacza ich biedę, utratę władzy i wpływów. Mogą się wyrzynać w walce o wyznawców i wiążącą się z tym władzę oraz bogactwa, ale w tym jednym są zawsze zgodni; Boskość i moc stwórczą trzeba ukryć, zohydzić, skojarzyć z wielkim cierpieniem tak, by ludzie niby tego chcieli, ale jednocześnie się panicznie bali, bo niewielu chce konać w nieludzkich mękach jak rzekomo skonał Jezus. Podobnie jest z lekami - gdyby Cię trwale wyleczyli, te wszystkie profesory i koperty od pacjentów i firm farmaceutycznych by się skończyły - te potężne siły do tego nie dopuszczą. Niesprawne kolano od kilkunastu lat ćwiczeń wyleczyłem zmielonymi skorupkami z jajek - praktycznie darmowa terapia. Pamiętam słowa ortopedy po obejrzeniu wyników tomografii - mam się oszczędzać, na rower już raczej nigdy nie wsiądę (miałem potworne bóle), a teraz co? Ćwiczę codziennie, tak jak lubię. Kopnięcia, boksowanie (ruchy tnące), przysiady - kolano wprawdzie lekko skrzypi, ale silne i nic nie boli.

Później zacząłem pracować z ludźmi, by ze zdziwieniem spostrzec, że nie tylko ja tak mam. Okazało się że wcale nie noszę wielkich cierpień w sobie, bo są znacznie "lepsi" - a co najlepsze, udają na zewnątrz że są szczęśliwi. Całe życie patrzyłem na pokazywane mi obrazki szczęśliwych ludzi, czując się znacznie gorzej - oni są szczęśliwi, a ja? Nie umiem, nie potrafię, czyli jestem nieudacznikiem. Byłem jak Radziecki czieławiek, któremu pokazywano obrazki murzynów z USA jedzących korę z drzew. Oszustwo jest niezwykle subtelne, nie do podważenia w żaden sposób. Ludzie udają szczęście z wielu względów. Na pewno jest to wzbudzenie zazdrości w innych, by myśleli że im się nie udało, nie powiodło w życiu - więc ci też udają szczęście. W efekcie wszyscy są szczęśliwi, a na zwykłej drodze można dostać konkretne manto od przeważnie szczęśliwych szaleńców na drodze, a świat jest ciągle w konflikcie, unurzany w podłości i występku.

Jestem szczęśliwy! Bo się uśmiecham do fotki!

Jak nie możesz kogoś pobić, opluć bo boisz się konsekwencji, wzbudzasz zazdrość - która jest sprawieniem że druga osoba cierpi, boli ją. Szpanowanie to legalna przemoc, ale jeśli rozumiesz dlaczego ktoś udaje, że powodem jest strach i poczucie bycia nikim, przestajesz natychmiast cierpieć - to po prostu społeczna gra. Obecnie do subtelnego bicia po pyskach używa się fejsa, wstawiając przeszczęśliwe fotoski ze srającym wielbłądem, a w tle potężne piramidy i nieodłączny uśmiech. Jesteśmy szczęśliwi! Jesteśmy na wakacjach!

Swoją podświadomość jak mówią specjaliści, trzeba sobie wychować. Warto wytworzyć różnymi technikami (polecam swym uczniom lustro i bogging) odpowiednie nawyki, schematy, zrezygnować ze starych, szkodliwych. Ale w ciągu lat pracy z podświadomością zauważyłem jedno - możesz pracować nad nią latami, naprawdę dużo zmienić, ale jest jej rdzeń czy część, którego według mojej wiedzy zmienić się nie da. I tu już trzeba ustąpić.

Dobro rodzi dobro, zło rodzi zło

Ludzie wchodzą w związki by osiągnąć przyjemność, najczęściej płynącą ze spełnienia obywatelskiego obowiązku. Hajtają się, mężczyzna płodzi dwójkę dzieciątek, buduje dom i sadzi drzewo, małżonka wraz z utratą jędrności skóry i piersi popada w coraz większą rozpacz, obwinia męża za swój nawyk bycia nieszczęśliwą, żałuje że nie wyszła za miliardera bo chociaż wygodniej by żyła... standard. To nawet nie musi być przyjemność, a wystarczy uniknięcie nieprzyjemności, jaką dzień w dzień z rozkoszą sprawiają nam znajomi i rodzina "znalazłaś kogoś?", "kiedy dzieci?", "zostaniesz starą panną".

Przecież jeśli człowiek skacze z wysokiego piętra w trakcie pożaru, to nie robi tego dla przyjemności, tylko by uniknąć uduszenia czy spalenia żywcem - podobnie ma się sprawa z założeniem rodziny. To nie jest sport dla każdego, a wmawia się nam że każdy powinien tak żyć. To skąd ci wszyscy sfrustrowani, nieszczęśliwi ludzie? Z radosnych, spełnionych rodzin? Jak dobro może ukształtować złość, gniew, rozpacz i nienawiść?

Liczą się Twoje wzorce, nie słowa

To nieważne czy tata jest naukowcem, wie co mówić jak zaprogramowany robot - ważne czy tatuś czuje się spełniony, czy reaguje spokojem i twórczym podnieceniem na kłopoty - wtedy tak reagować będzie dziecko, bo takie zachowanie skopiuje i uczyni swoim. Jeśli tata mówi mądre rzeczy, cytuje mądre czy święte książki a skacze w stresie, wychowa wariata. I co z tego że masz wiedzę, skoro o szczęściu i zachowaniu decyduje podświadomość?

Po latach obserwacji siebie, zrozumiałem chyba najważniejszą rzecz w swoim życiu - zanim stworzę zgodny, harmonijny związek z kobietą, muszę najpierw stworzyć taki związek ze sobą, czyli ze swoją podświadomością. Jeśli Ty jako umysł chcesz w jedną stronę, a emocje w drugą, będziesz cierpiał - a gdy cierpisz, Twoja podświadomość przyciąga cierpienie ukryte w pazłotku rzekomego szczęścia. Poznasz osobę z którą będziesz tak niekompatybilny, że zaznasz tylko cierpienia. Jestem szczęśliwy! Wrzaśnie obrażony czytelnik. Nie, jesteś na haju hormonalnym zakochania, który im większy, tym większe rozczarowanie i rozpacz po sobie zostawia - co jest celowym działaniem podświadomości. Jestem dziesięć lat w związku i jestem szczęśliwy, chamie! Powtórnie wrzaśnie urażony czytelnik. Łgasz mój drogi, łgasz przed sobą i przede mną. Szczęście to stan, gdzie nie musisz już niczego udowadniać, o co więc walczysz bluzgami i donosami, szczęśliwcze?

Hormonalny szał pieprzenia

Gdy masz inne pomysły na życie niż podświadomość, pojawia się rozpacz, smutek, ból, rozdarcie. Skoro nie masz wsparcia emocji, wszystko co dotkniesz zmieniasz magiczną mocą niezadowolenia w gówno, a i sama podświadomość się nie spełni, jeśli i Ty za nią nie pójdziesz. W tej sytuacji tworzenie z kimś relacji, gdzie trzeba emanować szczęściem, jest wielką pomyłką. Bo jeśli nie masz szczęścia, to wchodzisz w relacje by je brać - a ponieważ przyciągasz do siebie osoby nieszczęśliwe, one też chcą od Ciebie szczęścia. W efekcie gdy minie szał pieprzenia i zakochania, pojawiają wzajemne pretensje, rozczarowanie, a później idzie już samo - walka, nienawiść, zazdrość, i jeśli kredyt hipoteczny pozwoli - rozwód.

Trzeba sobie ułożyć związek z podświadomością - uznać co można zmienić, by lepiej reagować, ale też dać podświadomości w kilku jej ulubionych działaniach wolną rękę; czyli doprowadzić do kompromisu. To niestety wymaga lat pracy, a ludzie chcą wszystko na już - więc cierpią. Jeśli kilkadziesiąt lat się dołowałeś, stworzyłeś potężny nawyk - żeby go zmienić, trzeba poświęcić sporo czasu. Są techniki znacznie go skracające, ale to i tak trwa. To nie jest sport dla frajerów, tylko dla bystrych, konkretnych kolesi co chcą zapier... a nie liczyć że wygrana w totka da im szczęście. No cóż, nie da.

Najważniejszy związek w życiu

Związek z Twoją podświadomością, jest najważniejszy. Żona Cię zostawi gdy zbankrutujesz, dzieci mogą się wypiąć, zdrowie minie - ale podświadomość jest z Tobą na jawie i śnie, zawsze Cię bezwarunkowo kocha. Mało tego, ona może Ci wszystko zwrócić w dwójnasób. Możesz mocniej kochać, mieć więcej pieniędzy, być szczęśliwszy... największy nawet upadek nie oznacza końca, jest wezwaniem by porzucić zewnętrzny świat, i skupić się na sobie, na swej podświadomości. To Twój najwierniejszy przyjaciel, najukochańszy i najwierniejszy stróż... nikt nigdy tak mocno Cię nie pokocha. Dlatego musisz o tę cudowność dbać, dopieszczać, karmić najpiękniejszymi myślami, wizjami; napoić sztuką, muzyką wyższych sfer, nażyźnić szacunkiem i miłością. Wtedy Ona Ci odda po stokroć to, co jej dałeś - czyli to, na czym skupiałeś uwagę. Jeśli na poczuciu dobrobytu, dostaniesz bogatwo którego nie zniszczy komornik, podatki ani złodziej. Jeśli poczucie ochrony, przejdziesz przez Targówek nocą przebrany za transwestytę i nie tknie Cię żadna cuchnąca gównem, wódką i musztardą pięść.

www.braciasamcy.pl  zapraszam na moje forum.


---------------------------


Zapraszam do kupna moich e książek "Stosunkowo dobry", oraz "Wyprawa po samcze runo" w E wersji, KLIK albo papierowej KLIK.  Zapraszam wszystkich serdecznie na mój fanpage KLIK, Bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy poczuwają się do dbania o cały ten interes i go finansują KLIK, także poprzez PayPal, mój meil to Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

poniedziałek, 05 styczeń 2015 22:40

Kochany syndrom wieku średniego

W pamięci utkwiła mi scena z "Pitbulla", gdzie chory na wieńcówkę policjant grany przez Janusza Gajosa, chciał sobie coś udowodnić; wbiegł po schodach na górę, mało nie przypłacając tego zawałem. Nie potrafił się pogodzić ze swoją chorobą, ograniczeniem możliwości ciała, świadomością pogłębiającej się wraz z chorobą słabości - potężne emocje strachu i buntu przeciw swej rzeczywistości, wymusiły ten niemalże samobójczy zryw w poszukiwaniu straconej mocy ciała, wizji siebie jako silnego mężczyzny.

Upadek wyzwala wielkość

Zwróciłem na tę scenę uwagę nie bez powodu; sam chorując, byłem coraz bardziej przerażonym świadkiem pogarszania się mojej mobilności. W odruchu ratowania wizji siebie jako człowieka wolnego, mogącego się przemieszczać i decydować o swym życiu, próbowałem takim właśnie zrywem udowodnić sobie, że jeszcze mogę się przemieszczać. To był akt rozpaczy przed nowym, wymuszonym trybem życia, chęć powrotu na stare śmieci, do znanego i bezpiecznego obrazu swych możliwości. Podobnie jak w serialu, nie udało mi się osiągnąć zamierzonego celu. Zostałem brutalnie zmuszony do przyjęcia nowej wizji siebie, swoich nowych - bardzo ograniczonych możliwości. To mnie na kilka lat załamało, ale nie złamało; nauczyło pokory, przycięło wyhodowaną na mirażach kłamstw pychę, stłumiło silny impuls do gardzenia i osądzania innych ludzi, co przychodziło mi zastanawiająco łatwo.

Dopiero teraz widzę, jak bardzo choroba mnie wzmocniła, jak wydobyła dłutem prób i cierpień z kamienia piękną, silną istotę. I gdy świadomość siły zaczeła przeważać nad poczuciem rozpaczy, bezsilności i niemożności, zrozumiałem że każde nieszczęście ma w sobie dwojaki potencjał. Może nas pogrążyć w żalu, poczuciu nieszczęścia i tragedii, albo wydźwignąć w nieznane otoczeniu wysokości. Proces przeistaczania się słabego w silne, to najpierw porzucenie obrazu siebie - można tego dokonać samemu za pomocą medytacji, terapii, pracy nad sobą (bardzo trudne), albo zostaje to wymuszone przez okoliczności (chorobę, tragedię, niepomyślny los).

Nowy, piękniejszy obraz siebie

Dopiero gdy porzucisz wszystko co znane i wydawałoby się że Twoje, tworzysz miejsce na nowy obraz - i od Ciebie zależy czy będzie to bohomaz, czy dzieło sztuki. Choroba, związane z nią upokorzenia, utrata wszelkiej stabilności i ciężka sytuacja rodzinno - finansowa zmusiła mnie do panicznej pracy nad sobą, zdobywania wiedzy - i wszystko co zrozumiałem, przekonało mnie że choroba mnie wzmocniła, wypunktowała ukryte do tej pory, wydobyte przez ból i strach najmocniejsze strony. Wtedy rzekomo nieuleczalna choroba zaczęła odpuszczać, upewniając mnie że była próbą dla mego charakteru, trampoliną do wyższego zrozumienia samego siebie.

Starość jest właśnie takim procesem, który zmusza Cię do porzucenia bezpiecznego gniazda w którym wprawdzie jest ciepło, miło, jedzenie jest wkładane do dzióbka - ale szybować możesz dopiero wtedy, gdy zostaniesz z niego wyrzucony. Starość jest wielką szansą dla tych ludzi, którzy utknęli w maraźmie fałszywego poczucia bezpieczeństwa, toną w bagnisku nudnej stabilizacji. Szansa ta może być wykorzystana do zniszczenia siebie, wygłupów z prowincjonalnymi cycatkami, albo zbudowania nowego obrazu, pełnego szczęścia, spełnienia i satysfakcji. Starość nie jest smrodem, chorobami i niedołężnością, ale wielką szansą dla Ciebie. Jest jak pieniądze, które możesz wydać na piękne przeżycia, albo opłacić miastowych by stłukli autora niniejszych słów za bluźnierstwa. Jeśli Ci się uda, przestawisz zwrotnicę z cieszenia się tym co jest na zewnątrz i Cię pobudza (seks, narkotyki, alkohol, wszystko co oszałamia), na wewnętrzny proces spalania nieprawdy w rozkosz.

Rzeżączka sztandarem buntu

Tak jak Pan Gajos w serialu, reagują ludzie wchodzący w symboliczny, czterdziesty rok życia. Pogrążają się w przygnębieniu i depresji, pijaństwie, ewentualnie mszczą się na społeczeństwu za swój ból zostając trollami - to ci biedni. Bogaci odreagowują stereotypowym kabrioletem i studentką marketingu z Końskich obok siebie, otaczając się młodymi, cwanymi ludźmi, bawiąc się tak jakby jutro świat miał przestać istnieć, a metrykę pochłonie ogień. Nazywa się to kryzysem wieku średniego, syndromem czerwonego Ferrari albo syndromem Gauguina.

Najczęściej reagują nagłym zrywem, by upewnić się co do swej przemijającej młodości. Kończy się to różnie; chorobą weneryczną, długami, bankructwem, wybitymi zębami, rozbitą rodziną, ciążą małolatki - tak się dzieje w przypadku osób, które aktywnie reagują na ból, a ci którzy nauczeni są spychać wszystko w głąb siebie, zapłacą za to przeróżnymi chorobami. Stłamszona, niewyładowana emocja rozsadza człowieka od środka. Ludzie którzy się poawanturują, są znacznie zdrowsi niż milczący i mściwi, którzy często płacą za to rakiem. A później otoczenie się dziwi - taki dobry człowiek, a tak strasznie konał. Niestety, z zewnątrz widać tylko maskę, a nie to co ktoś w sobie kryje, dokarmia i kultywuje. Ktoś kto chowa w sobie urazę, trzyma swój organizm w permanentnym stanie alarmowym, gdzie unieruchomiona jest regeneracja - organizm szykuje się do walki bądź ucieczki, więc "cała para" idzie w organy odpowiedzialne za chwilową wydajność siłową organizmu - a cała reszta leży i kwiczy, co jest zaproszeniem dla wszystkich możliwych plag. Proponuję poczytać o tym w internecie, by zrozumieć jak każda zła wiadomość medialna na której się skupiamy nas realnie niszczy, rujnuje nam zdrowie i przyszłość. To są fakty medyczne.

Przeklęta, błogosławiona habituacja

Dlaczego ci ludzie cierpią? Jest tylko jedna odpowiedź - Ponieważ utożsamili poczucie przyjemności z młodym ciałem, oraz wiążącymi się z nim przyjemnościami - i skoro te się starzeje, uważają że stracili szanse na wyszalenie się, przyjemności. Gdyby jednak dzień w dzień kopulowali, upijali się i spędzali czas na zabawie, teraz by przeważnie byli w jeszcze gorszym stanie - w życiu człowieka niezmienne sa tylko śmierć, podatki i habituacja, czyli wszystko co dziś Cię podnieca, jutro podnieci mniej, a za miesiąc nie wywrze na Ciebie praktycznie żadnego wpływu. Człowiek nie może tak samo ciągle reagować - a więc skoro ma mniej przyjemności z jakiejś czynności, musi zwiększyć oddziaływanie czynności. Dziś podnieca Cię jej kolano, jutro pełna nagość, za lat kilka spodnie wypełni Ci jej najlepsza koleżanka, w której nieznanych, tajemniczych przestrzeniach chciałbyś wziąć endorfinowy prysznic.

Co daje młodość? Duże możliwości seksualne, wydajność w piciu i jedzeniu, dużo szybszą regenerację organizmu, TEORETYCZNIE większy dostęp do młodych dziewczyn, możliwość wybrania innej drogi życia (gdy obecna okazała się porażką) - i to by było tyle. Ten cały dramat łysiejących facetów z brzuszkami, rozbija się o przyjemność której ma być mniej. Tak myśli człowiek, który został oślepiony przez media, "mądrości" rodzinne i rzekomo obiektywne fakty. Jest to częściowa prawda - faktycznie, przyjemności będzie mniej, ale cały ten dramat prowadzi Cię albo do depresji i rozpaczy, albo zrozumienia bardzo ważnej rzeczy: Przyjemność nie zależy od ciała, tylko od koncentracji umysłu i nawyków.

Chwila euforii, dwa dni biegunki

Przyjemność, szczęście, poczucie satysfakcji, spełnienia, radości i spokoju w środku siebie jest nawykiem, który trzeba bezustannie ćwiczyć i wzmacniać. Każda z rzeczy która miała Ci dać szczęście, dawała ekscytację na chwilę a później spychała w dół - żadna nie dała Ci trwałej satysfakcji, bo gdyby dała nie cierpiałbyś. Ciało daje przyjemność, ale za chwilę tej ekscytacji płacisz dwudziestoma chwilami przygnębienia. Naprawdę mam Ci pisać o kacu papierosowym czy alkoholowym, że nie wspomnę o narkotykowym? Ile płaciłeś za chwilę ekstazy po amfie, wódce czy papierosach - albo obżarstwie, które także jest silnym nałogiem?

By czuć się spełnionym i szczęśliwym, nie musisz mieć młodego, bardzo sprawnego fizycznie ciała. Możesz mieć stare ciało, być pomarszczonym staruszkiem - ale odczuwać piękne uczucia w sobie, czuć się spełnionym co jest ćwiczonym codziennie nawykiem. W tym samym czasie młodzi, piękni ludzie upijają się, kolczykują jak bydło, kopulują jak króliki by zefirek chwilowej ekstazy, przegnał z horyzontu uczuć ciężkie cumulusy przygnębienia.

Mogę raz, ale dobrze

Mam 36 lat, i wyraźnie widzę zmiany w sprawności swego ciała. Gdy miałem dwadzieścia lat, mogłem trzy razy zacisnąć stopy w rozkoszno - bolesnym skurczu będąc w Pani, a teraz po jednym razie chce mi się spać. Kiedyś mogłem jeść do oporu słodycze, a dziś nadwaga i wahania cukru tak mnie przestraszyły, że jestem na diecie. Mogłem spać po ciężkiej imprezie kilka godzin, a budziłem się lekki i radosny jak skowronek - teraz z racji na żołądkowo jelitowe scenerie, liczę trwożliwie każdy toast. Mogłem biegać po mrozie w koszulce, a teraz muszę mieć dobry, Turecki sweter i kurtkę - a i tak mnie trzęsie. Jadłem co chciałem i byłem szczupły, a teraz ciężkie ćwiczenia od lat (boksowanie i kalistenika) z trudem trzymają mnie w wadze 85 kg. W święta potańcowałem z ciastami, tu skubnąłem, tam polizałem - i już dwa kg na wadze więcej.Tragedia!

Ale nigdy bym nie wrócił do lat młodości. Teraz widzę dużo więcej, łączę przyczyny ze skutkami, odkryłem kilka ciekawych rzeczy o świecie. Drżę z rozkoszy na myśl, co uświadomię sobie w przeciągu najbliższych lat - jeśli będę żył oczywiście, statystycznie mam spore szanse, ale jestem zawsze przygotowany na śmierć - co pozwala mi mocniej smakować chwilę teraźniejszą. Wcześniej cierpiałem z byle powodu, nie rozumiałem zagrożeń i tego w co grają ze mną ludzie - a teraz to wszystko widzę jasno i wyraźnie. W życiu nie zamieniłbym świadomości że szczęście jest we mnie - a nie na zewnątrz, na szybszą regenerację po pijaństwie. Zresztą oczyszczanie wątroby (olej i sok z cytryny), potrafi ją przywrócić i znacznie wzmocnić - nawet gdy ma się kilkadziesiąt lat.

Bądź stosunkowo dobry

Szczęście i spokój w środku siebie, to efekt nawyku. To trzeba wyćwiczyć dokładnie tak samo, jak wojsko ćwiczy opanowanie żołnierza w trakcie walki. Gdy obok w huku eksplodujących pocisków Twoi koledzy zamieniają się w kotlety mielone, fruwają strzępki tkanek, tryska krew i gówno rozrywanych patriotów, musisz zachować spokój - spokojnie wycelować, strzelić i zamienić takiego samego ogłupionego ideologią nieszczęśnika jak Ty w tatar. Wtedy dostaniesz order, rentę i protezę nóg które straciłeś w walce o Boga, honor, ojczyznę i ropę naftową sukinsynów na szczycie piramidy żywieniowej tej nieszczęsnej, niebieskiej planety.

Powtarzanie stwarza nawyk - jeśli więc chcesz być szczęśliwy, musisz powtarzać nawyk radości. Każde rajcowanie się tragediami, śmierciami i konfliktami, tworzy nawyk zamartwiania się - więc musisz zdecydować, jaki nawyk ma kierować Twym życiem. To Twój wybór, nikt inny nie może kontrolować Twojego skupienia uwagi. Możesz czytać np. moją książkę "Stosunkowo dobry" która wytłumaczy Ci jak działa Twoja podświadomość, a możesz też czytać najnowsze newsy pełne zbrodni, gwałtów, tragedii. Twój wybór, Twoje konsekwencje.

www.braciasamcy.pl  zapraszam na moje forum.

----------------------------------

Zapraszam do kupna moich e książek "Stosunkowo dobry", oraz "Wyprawa po samcze runo" w E wersji, KLIK albo papierowej KLIK.  Zapraszam wszystkich serdecznie na mój fanpage KLIK, Bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy poczuwają się do dbania o cały ten interes i go finansują KLIK, także poprzez PayPal, mój meil to Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

piątek, 02 styczeń 2015 22:24

Nie komplementuj Pań

Jak sprawić kobiecie przyjemność? Dobrze dobranym komplementem spójnym z tonem głosu, mową ciała i uśmiechem. Taki komplement powiedziany w odpowiednim czasie i miejscu, potrafi zdziałać cuda; otwiera serce, uda a czasem nawet portfel pięknej Pani.

Dobry człowiek

I gdyby Panią spytać czy ją uszczęśliwił, ochoczo by potwierdziła. Poczuła przyjemność, więc ktoś kto ją wywołał staje się dobrym, szlachetnym człowiekiem. Jest to prawda, ale tylko wtedy gdy ktoś patrzy wyjątkowo krótkowzrocznie. To takie same dobro, jak rezygnacja z leczenia bolącego zęba, a pieniądze nań przeznaczone wydajemy na imprezę. Jest przyjemnie? Jest. Ale gdy spojrzeć z pewnej wysokości, sprawa nie wygląda już tak różowo. Ząb za tydzień, dwa nie będzie już dawał się wyleczyć, więc trzeba będzie go wyrwać, a i nacierpimy się porządnie. Nowy implant będzie kosztował już krocie, a i po imprezie może być więcej ząbków do wymiany, albo i transfuzja jak ktoś dostaje małpiego rozumu po wódce. O ile w przykładzie z zębem przyczynę i skutek dzieli niewiele czasu, więc widać co się dzieje - to już z komplementem gehenna rozciągnięta jest w czasie, więc umknie młodszemu, bądź mniej bystremu obserwatorowi.

Jeśli ktoś utożsamił swoje poczucie zadowolenie z wyglądem i wynikającym z niego komplementem, jest emocjonalnym samobójcą - tylko o tym póki co nie wie. Zauważ że każdy nawyk się zwiększa; im więcej razy coś powtarzasz, tym silniejszy nawyk powstaje. Ucząc się jeździć autem, nic nie kontrolowałeś; sprzęgło myliło się z hamulcem a lewarek skrzyni biegów z kolanem dziewczyny. Ale im dłużej jeździsz, tym mocniej automatyzuje się ta czynność; w końcu możesz prowadzić samochód w ogóle o tym nie myśląc, co widać na naszych pięknych autostradach.

Prostytucja nasza codzienna

Im więcej razy doświadczasz komplementu i następującej po nim przyjemności, tym mocniejszy jest to nawyk - powtarzasz więc całą sekwencję zachowań wyłudzających podziw sprawniej i wydajniej, by otrzymać komplement od innego człowieka.

Jedni się chwalą, drudzy popisują, trzeci kozaczą by wzbudzić podziw w swej grupce znajomych, kolejni każą nagrywać smartfonem jak pierdzą, srają albo piją butelkę wódki za jednym razem. Są też tacy, którzy jak ja ten narkotyk wyciskają z czytelników swoim pisaniem - komplement daje mi przyjemność, ale mnie uzależnia, pozbawia indywidualności, własnej mocy z której rezygnuję na rzecz stałego dopływu ochów i achów. Bo co się stanie, gdy zrozumiem że się myliłem? Zmienię swoje teorie, a wtedy ci którzy komplementowali zaczną krytykować - pozbawiając mnie tej ciepłej mgiełki hormonalnego haju. Wtedy muszę zrezygnować z prawdy którą w sobie czuję, na rzecz przyjemności płynącej z komplementów, oraz znienawidzić tych, dla których się kurwię i sprzedaję siebie. Mogę też zaakceptować brak przyjemności i przyjąć cios krytyki, kładąc nacisk na swoje uczucia, prawdę którą czuję i wyrażam - co ma swoją cenę. Jednak zauważyłem że nie jest tak źle - komplemenciarze zmieniają się w krytyków, a krytycy w komplemenciarzy, więc suma sumarum nic nie tracę, czasem nawet sporo zyskuję. Człowiek uzależniony od przyjemności codziennie się kurwi, sprzedaje - a potępia i gardzi prostytutkami, samemu sprzedając swoją wizję, swoją indywidualność za klepanie po pleckach. Prostytutka sprzedaje tylko ciało, a te można umyć - duszy której głosu się wyparłeś, już tak łatwo nie oczyścisz.

Ciężkie, koszmarne życie

Właściwie większość naszych kontaktów z ludźmi polega na wyłudzeniu, wykombinowaniu tego hormonalnego narkotyku wywoływanego komplementem od innego człowieka - tak nas zaprogramowano; komplement daje przyjemność (wyrzut hormonów przyjemności) a krytyka ból (hormony stresu), więc żyjemy tak by znaleźć jak najwięcej tej przyjemności. Życie większości ludzi jest temu absolutnie podporządkowane - ale każde działanie ma swoje konsekwencje, cenę. Niektórzy mają dość tej wyczerpującej gry i ceny jaka się z nią wiąże, albo nie umieją w nią grać, więc szukają innego sposobu życia - są takie, ale by je zrozumieć warto przeczytać moją książkę "Stosunkowo dobry".

Jeśli zależy Ci na poczuciu przyjemności (komplementach, uznaniu w grupie), to musisz cały czas udawać, zachowywać się w określony (akceptowany przez grupę) sposób, czesto tłumić swoje emocje i dażenia by się przypodobać innym. Pochłania to olbrzymie ilości energii, sprawiając że życie staje się ciężkie, bolesne i pełne nierealnych problemów. Ktoś kto wyjdzie z tej gry, zachowuje swoją energię emocjonalną którą odczuwa jako poczucie niezwykłej lekkości, błogość w ciele. Tego nie da Ci żaden komplement. Wolność od udawania i gierek międzyludzkich daje prawdziwą wolność, wielką ulgę tak mocną, że chce się po prostu żyć, oddychać i tańczyć, a najbardziej ponury widok staje się zabarwiony tym szczęściem, ekstazą. Czasami widać mocno zarośniętych kolesi, którzy uciekli do lasu od zgiełku cywilizacji - i ktoś mający pieniądze, dobre towarzystwo imprezowe, prowadzący "normalne życie", nie jest w stanie zrozumieć "głupka". Jednak ten rzekomy wariat odcinając się od społecznej gry, odczuwa bezustannie przyjemność o którą inni muszą walczyć, sprzedawać się - jest na haju, nic nim nie szarpie, nie żyje w sinusoidzie gdzie za chwilę haju (narkotyki, alkohol, papierosy, związki, seks) płaci się setką chwil rozpaczy i bólu w środku.

Koko spoko?

Zrozumie to tylko ten człowiek, który po latach powtarzania schematów impreza - zaliczanie - koko - poczuje do tego wszystkiego obrzydzenie. Całe życie mija na bezustannym pobudzaniu hormonów przyjemności, co z czasem wydaje się niezwykle puste, żałosne i rozpaczliwe. Młody człowiek zachłyśnięty wielkim miastem, pieniędzmi, tego nie zrozumie - i dobrze, tak ma być. Niech doświadcza, niech wie że jest coś poza tym piekłem na ziemi, że można uciec ale niekoniecznie do lasu i srania w łopianach, tylko do swego wnętrza, do pogodzenia się z samym sobą, pójścia za swym głosem wewnętrznym którego nie słychać w łomocie głośnej muzyki, wrzasków naćpanych cycatek które tylko w ten sposób umieją zwrócić na siebie Twoją uwagę, produkt narkotykopodobny.

Koniecznie trzeba też wspomnieć o zjawisku habituacji, czyli im dłużej podajesz bodziec (komplementy), tym słabsza reakcja układu nerwowego (przyjemność). Im dłużej pijesz, tym więcej potrzebujesz alkoholu by się upić.

Dewocja na starość jako trik

Co z tego wynika? Musisz mieć więcej przyjemności niż ostatnio, by wywołać podobną reakcję. Wczoraj wystarczyło powiedzieć że fajnie wyglądasz, dziś trzeba dodać że masz ciekawą fryzurę, byś poczuła się lepsza. Ale jak sprawić, by ktoś chciał nas komplementować szczerze? Trzeba to wymusić swoją pozycją wobec osoby w jakiś sposób od nas zależnej (pracownik, ktoś słabszy od nas w grupie towarzyskiej), albo tak manipulować rozmową i sytuacją by chciał tak zrobić. A przecież ciało się starzeje, traci na urodzie i jędrności... chcesz więcej, ale ciało które wywoływało komplementy wzbudza coraz mniej zachwytu. Kobieta która uzależniła się od przyjemności płynącej z komplementów, jest skazana by było jej coraz mniej, aż w końcu źródełko wysycha - i co dalej? Rozpacz, żal, zgorzknienie, silne poczucie że życie jest niesprawiedliwe.

Wtedy kobieta może wpaść w dewocję albo filantropię, by przyjemność związana z komplementowaniem jej ciała, zastąpiła przyjemność z komplementowania jej pobożności, czy dobroczynności (np. zajmuje się zwierzętami). Straszny i przerażający jest żywot "zwykłego" człowieka, który idzie w życiu ścieżką wytyczoną mu przez media, mądrości rodzinne i religijne. Jeśli ktoś nie rozumie tych mechanizmów, nawet tego nie zobaczy - przecież nieszczęśliwi ludzie odgrywają szczęśliwych, by nie wydało się że bogactwo ich działań (wyłudzanie zainteresowania innych) jest tylko wielką, smutną nędzą.

Cierpiętnicy, perfekcyjni żebracy

Osobną kategorią są ci, którzy wyspecjalizowali się we wzbudzaniu współczucia swoimi historyjkami, opowieściami. Zrozumieli że nie mogą wzbudzić podziwu dla siebie (są biedni, nie mają stanowiska, pozycji), więc nauczyli się wzbudzać zainteresowanie swym cierpieniem. Często są to absolutni profesjonaliści w swoim fachu, świetnie żyjący także materialnie z naiwności ludzkiej. Pomagać trzeba umieć, wiedzieć komu podać rękę, by jej nie chciał później odgryźć. Człowieka można wykorzystać emocjonalnie - a gdy nasz cierpiętnik widzi jakie to proste, także materialnie. By bronić się przed wykorzystaniem emocjonalnym, trzeba po prostu lubić i mieć szacunek do siebie - żadne inne rady nie działają. Jeśli kochasz siebie, to omijasz sytuacje gdzie czujesz się winny, nieszczęśliwy. Cierpiętnik (czyli wampir emocjonalny, nazywajmy sprawę po imieniu) zawsze sprawia, że czujesz się winny czy winna. Wtedy bagatelizujesz fakt, że w trakcie rozmowy (cierpiętnik się żali, wygaduje, wypróżnia w Ciebie) źle się czujesz. Gdy lubisz siebie, wypracujesz ten szacunek pracą nad sobą, zrywasz rozmowę - bo szanujesz swoją podświadomość (sferę emocji), i nie chcesz jej zabrudzać cudzymi brudami. Szlachetny i dobry cierpiętnik jest wtedy bardzo oburzony, zdenerwowany, często Ci ubliża, może nawet zaatakować nożem... Taki to dobry człowiek z niego. W swojej praktyce pracy z ludźmi nauczyłem się jednego - nikt tak lekko Cię nie zdradzi, niż swoim zdaniem nieszczęśliwy, niesprawiedliwie w życiu traktowany i rozżalony na swój los człowiek. Im większy cierpiętnik, tym większe grzeszki potrafi tym usprawiedliwić. Skoro on cierpi, niech inni płacą - a ja już nie chcę, więc cierpiętników unikam jak ognia. Trzeba oczywiście rozróżnić kogoś kto cierpi sytuacyjnie (temu warto pomóc), a tego który z cierpienia uczynił swój sposób na życie.


Jeśli naprawdę kochasz kobietę, dawanie jej komplementów jest szkodzeniem jej - jeśli patrzysz z wysoka, mądrze. Im więcej sprawisz jej teraz radości komplementem, tym większy jej smutek i rozpacz później. Z bardzo wysokiego punktu widzenia, upokorzenia i porażki których doświadcza kobieta są dla niej dobre - ponieważ nie mogąc dostać od życia przyjemności, szuka przyczyn cierpienia. To oczywiście niewielki odsetek zbiorowości, ludzie doświadczani cierpieniami pograżają się w nienawiści do wrogów, wyobrażają zemstę, odwet - ponieważ nie umieją zobaczyć wyjścia z sytuacji, albo po prostu nie chcą, gdyż się go boją; nowe zawsze wzbudza lęk. Dlatego człowieka ze starych pozycji trzeba wykurzyć, by szukał gdzie indziej. Sam nie wyjdzie. Jeśli się broni i nie chce, trzeba go zostawić w jego wprawdzie cuchnącym, ale znanym szambie, szanując jego decyzję. Z tego punktu widzenia, ktoś kto nas obraża i źle się zachowuje jest naszym dobroczyńcą, a ten który daje przyjemne odczucia, niszczy nas. To można spostrzec dopiero po dłuższym czasie, gdy nauczymy się obserwować siebie - z tego punktu widzenia dokładnie widzę, że wszystko mnie złego spotkało, doprowadziło mnie do obecnych przemyśleń które znacznie więcej mnie uszczęśliwiają, niż klepanie po plecach i komplemenciki. Nie oznacza to że jak mi ktoś da po buzi, to mu nie oddam - jak najbardziej oddam, ale emocjonalnie nie będę go osądzał, nienawidził.

Można wyjść z gry

Niewielka część ludzi cierpiących, czy to rozumowo, czy intuicyjnie uświadomi sobie, że żaląc się i histeryzując nic nie osiągną - miliardy ludzi tak robią, zamieniają swoje życie w piekło po czym umierają. Robienie z siebie ofiary i rozpaczanie nie sprawi że ktoś przyjdzie, utuli i da milion dolarów. Rozpacz rodzi tylko jeszcze większą rozpacz, ponieważ każda myśl i emocja utrzymywana w głowie, przeradza się w potężny nawyk - a nawyk steruje naszym życiem. Nawyk rozpaczania jest coraz silniejszy, więc coraz  głębiej wkraczasz w piekielny świat swych wyobrażeń, myśli i emocji. To piekło na ziemi, ale Ty sam podkładasz drewno pod ten ogień. Ponieważ gra społeczna mnie bolała, chciałem zrozumieć czy można coś z tym zrobić, wyjść z tego bagna - i okazało się że można, ale trzeba dużo się nauczyć, oraz jeszcze więcej pracować nad sobą, zmieniając swoje wzorce myślowe, samoocenę, pozbywając się z siebie toksyn made in religia, rodzice i społeczeństwo.

Wiedząc o tym wszystkim, nie żebram o komplementy u ludzi - bo wiem że przyjemność musi płynąć ze mnie, nie może być zależna od innych; nie tylko dlatego że będę z siebie robił durnia by wyłudzić jeszcze więcej komplementów (wzbudzanie podziwu, zainteresowania, udając kogoś kim nie jestem), ale wiem że to jest jak z każdym nałogiem; za chwilę przyjemności płaci się dwudziestoma chwilami rozpaczy. Poza tym ktoś kto da mi przyjemność, wystawia zawsze rachunek, nie ma nic za darmo w życiu. Nie mam już na to najmniejszej ochoty.

2015 rokiem zapieprzu nad sobą

Dlatego chciałbym zaproponować, by w 2015 roku postawić na ostry trening, uczynić go rokiem tylko dla siebie; potraktować jak inwestycję, która będzie procentować całe życie. Postawiłem na rozwijanie uczucia wdzięczności, które odpowiednio zastosowane, uczyni dla nas cuda większe niż Donek.

Spójrz w lustro, po czym zacznij tak naprawdę szczerze dziękować sobie: "Dziękuję Marek". Za co? A czy musi być zawsze za coś? Nie musi - po prostu dziękujesz, bez żadnego powodu. Po jakimś czasie ćwiczeń poczujesz, że faktycznie jesteś sobie wdzięczny. Zaczniesz zupełnie inaczej na siebie patrzeć, z zaufaniem i przyjemnością zamiast z pogardą i niechęcią. To samo w sobie będzie małym cudem, w który trudno uwierzyć. To bardzo wysokiej jakości przyjemność, która sprawi że nie będziesz musiał o nią żebrać u ludzi, prowadzić z nimi gierki by uznali Cię za fajnego (przyjemność), i jednoczesnie nienawidzić, bo mogą skrytykować (poczucie nieprzyjemności, stres). Ja osobiście robię tak - chodzę po pokoju z książką na głowie (wytwarzam nawyk wyprostowanych pleców, zawsze się garbiłem) i szybko powtarzam słowo "dziękuję". Po jakichś dziesięciu minutach zaczynam wpadać w trans, niezwykłe skupienie umysłu - słowo dziękuję znika, a zastępuje je uczucie wdzięczności. Wtedy umieszczam je w kontekście wszystkich złych (moim zdaniem) zdarzeń w życiu, wszystkich osób które nie lubię i do kórych mam żal. Po takiej sesji czuję się wspaniale, cichy i pełen energii - już nie wytracam swej siły na walkę z tym, czego zmienić nie można. Mogę się bawić życiem. Oczywiście stary wzorzec lękowy wraca, ale za każdym razem nieco słabszy. Podgryzam go więc codziennie jak mogę.

Trening ważniejszy od żony i rodziny

To najważniejszy trening w życiu, ważniejszy niż ćwiczenia ciała, i panika że grypa zabierze pół kilo masy. Ciało kiedyś się skurczy, osłabnie, ale nawyk może się tylko wzmacniać; nawyk się nie starzeje i nie marszczy. Żona odejdzie z mieszkaniem, dzieci zapomną czy znienawidzą, majątek rozkradną, zdrowie przepadnie... ale nawyk wdzięczności, radości i lekkości zostanie. Wolność to nie tylko możliwość przemieszczania się, ale przede wszystkim stan umysłu który jest z Tobą na jawie i śnie. Trzeba go wypracować, nikt Ci go nie da; praca, praca i jeszcze raz praca nad sobą.

www.braciasamcy.pl  zapraszam na moje forum.


-----------------------------------


Zapraszam do kupna moich e książek "Stosunkowo dobry", oraz "Wyprawa po samcze runo" w E wersji, KLIK albo papierowej KLIK.  Zapraszam wszystkich serdecznie na mój fanpage KLIK, Bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy poczuwają się do dbania o cały ten interes i go finansują KLIK, także poprzez PayPal, mój meil to Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

poniedziałek, 29 grudzień 2014 22:30

Faceci którzy gardzą kobietami

Mówi się o facetach, którzy nienawidząc kobiet masowo je zaliczają. To tylko częściowa prawda; Zwykły mężczyzna ganiający za kobietami też je nienawidzi, tylko jeszcze sobie tego procesu nie uświadamia - to przyjdzie z czasem.

Złodziej krzyczy "łapaj złodzieja!"

Nie da się szanować i prawdziwie kochać czegokolwiek, jeśli od tego czegoś zależy nasze szczęście, poczucie satysfakcji. Kobieta może Ci dać kosza, zdradzić Cię z najlepszym kumplem, a im któraś mocniej krzyczy że brzydzi się zdrady, tym większa na to szansa - zdrada jest procesem emocjonalnym, a emocje są znacznie potężniejsze niż logika kobiety - jeśli Ona nie jest tego świadoma, znacznie łatwiej temu ulegnie. Jeśli wiem co może zniszczyć mi życie, mogę działać tak by unikać pokusy; jeśli żyję w błogiej (póki co) nieświadomości, cios spadnie znienacka.

Naiwna romantyczka może całe życie powtarzać z ogniem w oczach że nie zdradzi, ale wystarczy jedno zdarzenie, by całe życiowe paplanie streścić w jakże wiele mówiącym: "oszalałam, nie wiem co się stało...". Na koniec by nie czuć się winną, obarczy Ciebie winą za to co zrobiła - i będzie w to święcie wierzyła. Nie przekonasz jej w żaden sposób, gdyż te wierzenie broni ją przed rozpadem jej wiary w to co wierzyła, w swoją wizję siebie samej jako czystej, niewinnej. Dlatego kobieta która Cię zdradzi, najczęściej zaczyna Cię nienawidzić - by wiara w swą czystość się utrzymała trzeba mieć wroga, kozła ofiarnego na którego zrzuci się swoje grzechy by go później zarżnąć. Dokładnie tak kończą faceci na salach sądowych, dowiadujący się że tracą dzieci i mieszkanie czy dom. Są krwawą ofiarą na ołtarzu kobiecej wiary w swą Prawość i Sprawiedliwość - i ze świecą szukać w nich współczucia, cienia litości. Taka kobieta może wspomagać sierocińce, dokarmiać głodne koty, ale z wyżej opisanych względów jej były mężczyzna musi zostać zniszczony, zmiażdżony. Wiem że nikt Ci tego nigdy tak nie tłumaczył, ale tak właśnie jest. Lepiej byś to dokładnie zrozumiał, zanim poznasz na własnej skórze - i nie pytaj o to kobiet; każda zaprzeczy, często bardzo agresywnie. Usłyszysz że autor tych słów został zraniony przez kobietę, jest płytki, pusty, niedojrzały emocjonalnie, że tej Pani mnie serdecznie żal... A wszystko okraszone niezrozumiałą wściekłością. Nie możesz się na to obrażać, tylko musisz to zrozumieć.

Po ciosie pojawia się strach

Kobieta w każdym momencie relacji może od Ciebie odejść. To budzi strach, obawy - skąd zemsty zrozpaczonych, rzuconych ludzi? Skoki z mostu, cięcie żyletkami ciała, by zagłuszyć straszny ból w sercu? Skąd fora radzące rzuconym, jak się zemścić za pomocą wspólnego dziecka, sądów, policji, komornika?
Ktoś kto męczy słabszych, często trafia na kogoś, kto mu zmienia twarz w paprykarz szczeciński. Teraz już się zaczyna bać, kalkulować; wie że przyjemność bicia może zmienić się w ból bycia tłuczonym, więc najczęściej zmienia się w miłego gościa - bo zbyt mocno boi się konsekwencji bycia hultajem. Podobnie jest w kwestiach miłosnych. Ktoś w podstawówce i liceum bryluje jako podrywacz, zna smak większości ślicznotek, jest przekonany o swej atrakcyjności, a w końcu trafia na wielką, wieczną miłość która daje mu kosza, zdradza go z kolegą albo rujnuje finansowo zamieniając w dziada, po czym odchodzi bo "nie ma już chemii". Jeśli ktoś raz przeżyje coś podobnego, to już wie że nieprzyjemne emocje i ból może się powtórzyć, przy czym nos można nastawić, zęby wstawić, opuchlizna zejdzie, a ból w sercu potrafi kąsać całe życie; jakże różna skala konsekwencji... a więc i reakcji.

Inaczej się zachowasz wiedząc że trochę Cię skopią, a inaczej gdy wiesz że po roku w psychiatryku będziesz dziadował, bo wszystko stracisz. Jeśli myślisz że przesadzam, po prostu nie znasz życia - znasz je z seriali i opowieści kolegów, rodziny. Znasz tylko to, co chcą powiedzieć i co się wydało. Nie znasz nawet połowy prawdy ze swego otoczenia.

Strach wpisany jest w miłość

Każda miłość w którą się angażujesz, zawiera w sobie zaufanie i wiarę w drugą osobę - zwłaszcza że kobieta zakochana Cię rozumie bez słów, jest czuła, troskliwa, razem potępiacie tych którzy zdradzają, są nielojalni... aż nagle nadchodzi cios, a Ty dowiadujesz się że zdradziła przez Ciebie. Kochałeś za mocno, za słabo; byłeś zły, byłeś za dobry. Powód się zawsze znajdzie, im banalniejszy tym bardziej głupiejesz. Ktoś kto doświadczy nagłego ucięcia zasilania, zawsze już będzie się tego bał; Za strachem zawsze podąża nienawiść do tego, kto może Ci go sprezentować.

Gdy to wszystko wiesz, gra o randkę prowadzącą do głębszej relacji bądź seksu staje się przepełniona strachem - tym większym, im większa jest Twa wiara, że tylko kobieta da Ci szczęście. Jedni na strach reagują ofensywnie, atakując i randkując, drudzy defensywnie, a więc chowają się w domu by nie doświadczyć bólu odrzucenia.

Nienawistnicy gardzą... i zaliczają

Jeśli wiesz że kobieta może dać Ci ból, to już gardzisz i nienawidzisz. Poobserwuj swoje reakcje, gdy kobieta Cię odtrąca nawet na gg, namiastce realnych doświadczeń - jesteś na luzie, czy wyobrażasz sobie zemstę, obrzucasz ją stekiem wyzwisk w myślach? Jeśli odrzucenie boli, nienawidzisz. Im więcej bólu po odrzuceniu, gdy kobieta nie spełnia Twoich oczekiwań, tym więcej pogardy i nienawiści. Analogicznie, jeśli Ci nie zależy na kobiecie, jej odrzucenie przyjmujesz na luzie, spokojnie. Komu zależy, ten ma więcej do stracenia; oczywista oczywistość. A komu zależy? Tym którzy się źle ze sobą czują, którzy odczuwają frustrację. Myślą że związek da im energetycznego kopa, sprawi że życie stanie się weselsze i wypełnione sensem. Mylą się, gdyż sens może dać tylko ulokowanie swej wiary i miłości w czymś, co nie podlega zmianom - np. można kochać życie, Boskość (rożnie rozumianą), naturę. Im więcej kochasz coś, co może zniknąć, tym większy strach i frustracja. Warto sobie to wbić młotkiem do głowy - wszystko co może odejść (czyli także kobieta), wraz ze wzrastaniem satysfakcji zwiększa poziom lęku i stresu. Ktoś dla kogo żona czy mąż jest WSZYSTKIM, jest samobójcą pełnym lęku i nienawiści. Ciężka choroba ciała albo umysłu, jest tylko kwestią czasu.

Jednak bezspornym faktem jest że nienawidzący zaliczają - ale przyczyna ich "sukcesu" nie leży w nienawiści, a nienawistnym dystansie - prawdziwej, realnej chęci by nie wchodzić z kobietą w bliższe relacje. Przyczyna tego leży w pogardzie, którą wzbudziła w nich kobieta swoim zachowaniem. Wielu prawiczków nienawidzi kobiet (zwłaszcza porno aktorek, przy których się trzepią), a jednak jedyne co mogą, to sobie popatrzeć na ładne dziewczyny i powyzywać je od szmat i materialistek. Kuc chce przyjemności, one też chcą; I on uważa się za dobrego, a dziewczynę za szmatę, przez co sam staje się nieuczciwą szmatą. Dlaczego nie zaliczają?

Bo im zależy. Bo nie mają dystansu. Bo są desperatami. Bo wiedzę o życiu czerpią z opowieści rodzinnych i seriali. Bo swoich wierzeń na temat życia trzymają się jak tonący brzytwy, więc gdy pojawia się nowa, realniejsza wiedza, z nienawiścią i strachem ją odtrącają, uważając ją za atak na siebie.

Dystans i brak oczekiwać rodzi sukces

A dlaczego zalicza nasz nienawistnik? Ponieważ wie że kobieta jest kupą gówna, która chce się wzbogacić (finansowo, moralnie, emocjonalnie) na jego nieszczęściu. Nie przejmuje się jej komplementami i krytyką, więc nie boi się odrzucenia, nie boi się podejść i zagadać - nie przyjmuje postawy pieska który prosi, tylko emanuje dumą i godnością; on nie prosi, on składa propozycję, kusi i rozpala w Paniach pragnienie zdobycia tej mrocznej, niezdobytej twierdzy. A to działa na kobiety jak magnes, rozpala je jak piec hutniczy. To co krzesa iskrę na chłodną benzynę w pełnym śpiących motylków brzuszku romantyczki to nie nienawiść, ale prawdziwy dystans, poczucie niezależności od tego co mówi i robi kobieta. Każda z naszych cudownych Pań kocha władzę - a zakochany facet to trofeum. Mężczyzna wiesza na ścianie łby bestii, by potwierdzić swą męskość (strzelaniem z ukrycia do zwierzęcia), a kobieta umieszcza ich wspomnienia w swym sercu, bawi się nimi a zwłaszcza rozpaczą i nieszczęściem mężczyzn, których złamała (sami się złamali swym nienaturalnie dużym pragnieniem kobiety, które rodzi ból).

Ktoś kto rozmawia z miłym, mrocznym uśmieszkiem; ktoś od kogo czuć dystans, kto się kobiety nie boi (bo już nie reaguje emocjonalnie na krytykę czy komplement), ironizuje i droczy się złośliwie, daje kobiecie szansę na wielkie emocje; zdobycie niezdobytego. Taki mroczny facet jest jak droga torebka albo szpilki; jest kolejnym produktem który daje fajne emocje, a w dalszej perspektywie ma dać szczęście (nie da i dać nie może). Kobieta chce się dowartościować zdobyciem Pana Złego, chce go wykorzystać; Na jego emocjonalnych zwłokach, chce wspiąć się w szpilkach Blahnika na Mount Everest endorfinowego haju.

Siad! Daj Pensję! Dobry mężuś...

I właśnie tego nie rozumieją zdesperowani, zazdrośni i zakompleksieni goście. Kobieta kocha zdobywać, rozpalać i podpalać - a co można podpalić w śliniącym się, posłusznym jak kundelek faceciku? On już cały płonie. Nie ma co zdobywać, więc organizm kobiety nie uruchamia całej menażerii hormonów, które zamieniają ją w seksualnego wampira, rozumiejącego Twoją męską duszę, oglądającego z Tobą mecze, robiącego Ci kanapki do łóżka - zgadzającego się na wszystko w seksie i poza nim. Kobiety kochają stan haju, który się w nich uruchamia gdy chcą zaatakować jak Don Kichot wiatrak. Gdy go zdobędą, hormony opadają a Ona się nudzi; By wprowadzić powiew życia w zatęchły związek gdzie facet waruje jak piesek przed królową cipką, albo go prowokuje i bawi się szmaceniem go (przesuwaniem granic), albo zdradza. Niektóre kobiety świadomie zachodzą w ciążę z innym mężczyzną, specjalnie by upokorzyć swego męża. Sam taką kobietę znałem - a także jej motywację, którą było okazanie pogardy mężczyźnie, który miał dać szczęście a nie dał.

Rozwój osobisty wykrzesa z Ciebie moc nienawistnika, ale bez towarzyszących mu w jego grzesznych uczynkach negatywnych emocji. Nic z tego dobrego na dłuższą metę nie wynika. Im więcej taki człowiek generuje w sobie pogardy, tym większy wzorzec bólu w nim powstaje. Z czasem to wszystko wyjdzie na wierzch w postaci choroby albo kalectwa - jak działa podświadomość, opisuję bardzo dokładnie w książce "Stosunkowo dobry". Piszę o tym głównie dlatego, że dobrze faceci na siłę chcą stać się źli by zaliczać - wygląda to groteskowo. Złym się nie staniesz, co najwyżej śmiesznym koleżką o którym opowieści umilą wiele domówek. Nie musisz być zły; musisz zrozumieć proces który się odbywa w życiu i związkach... wtedy możesz być jaki jesteś, a wykorzystywać moc macho, wampirów emocjonalnych, Złych Panów, ale bez konsekwencji które oni poniosą.


www.braciasamcy.pl  zapraszam na moje forum.

----------------------------------


Zapraszam do kupna moich e książek "Stosunkowo dobry", oraz "Wyprawa po samcze runo" w E wersji, KLIK albo papierowej KLIK.  Zapraszam wszystkich serdecznie na mój fanpage KLIK, Bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy poczuwają się do dbania o cały ten interes i go finansują KLIK, także poprzez PayPal, mój meil to Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

środa, 24 grudzień 2014 17:10

Wesołych świąt

Uważnie się przyjrzałem temu, co życzę ludziom. Trzeba uważać co się ludziom życzy - ponieważ podświadomość zawsze odnosi to do naszego życia; w końcu myśl i emocja rodzi się w naszej głowie, więc i na jej nosiciela wpływa.

Kropla drąży skałę

Nie trzeba być geniuszem, by zauważyć jak nasze ciało się napina w reakcji na myśl negatywną, a jak odpręża i relaksuje gdy doświadcza uczucia pozytywnego. Jeśli ktoś ciągle myśli negatywnie, nie powinny dziwić ciężkie choroby. Kropla drąży skałę, nieprawdaż?

Życzę szczęścia, pomyślności i zdrowia, czasem pieniędzy. Zrozumiałem jednak, że nie wolno mi tego ludziom życzyć. Dlaczego? Im więcej w Tobie pragnienia szczęścia, tym więcej strachu że ktoś Ci uniemożliwi jego doświadczenie, oraz złości i nienawiści do tych którzy mogliby Ci przeszkodzić. Im większe pragnienie szczęścia, tym mocniej jest człowiek psychicznie rozbity. Szokujące, prawda? Inaczej Cię uczono - mnie też. Ale życie uczy znacznie lepiej, niż wszelkie pseudo mądrości szkolne.

"To mój dzień!" Czyżby?

Ostatnie pół roku funkcjonuję tak, że składam kulinarne przysięgi, gdzie dokładnie określam co i ile wolno mi zjeść (i chlapnąć). Ponieważ słowo jest dla mnie ważne, wszystko pięknie działa. Ale już dwa tygodnie przed końcem przysięgi marzę o tym, jak będzie cudownie gdy się skończy - i dam sobie trzy, cztery dni niczym nieskrępowanego konsumpcjonizmu. Wiem że to tylko mrzonka, że jedzenie nie może dać szczęścia, ale uczucia wiedzą swoje. Gdy budzę się rano w dniu wolności, cały aż dygoczę z ekscytacji. "To mój dzień"! Postanawiam sobie solennie; "dziś będzie ostra jazda". Wstaję i zawadzam o klamkę - zwykle bym się zaśmiał, ale teraz zależy mi na szczęściu, chcę żeby wszystko było wspaniale, więc czuję rozżalenie, gniew i wściekłość. Skąd ból? Skąd ten niesprawiedliwy cios? Przecież to ma być "mój dzień", a boli mnie ręka.

Scenariusz który nałożyłem na nowy dzień, zaczyna się sypać - więc nienawidzę wszystkiego co go niszczy (nieszczęsne drzwi), oraz zaczynam się bać wszystkich tych, którzy mogą zagrozić zaplanowanemu przeze mnie szczęściu. Z rozbawieniem obserwuję, jak jestem agresywny i napastliwy - to na wypadek gdyby mi dopieprzyli, taki wyprzedzający atak, oraz trochę strach, wkurzenie że mogą mi zepsuć "Mój dzień". Wystarczy przecież przykra uwaga, jakiś krzyk a ja się nasrożę; plan się sypnie. Boję się tego, jestem wpieniony na ludzi którym sam dałem moc zniszczenia mego planu na szczęście. To właśnie obserwuję u Pań na święta, gdzie wszystko ma być cudownie; byle opóźnienie, odstępstwo od planu kończy się nerwicą, płaczem i wrzaskami. A przecież jest to zwyky dzień, tylko ludzie dla wygody uznali że w tym dniu wypełniamy określony ceremoniał. To tylko zwykły dzień, ale w umyśle nakładamy na niego spore oczekiwania i nadzieje.

"Malutka" walczy o szczęście

Tak więc jest jeszcze ranek, a już jestem znerwicowanym wrakiem. Co będzie dalej? Kupno ciastek które mi kompletnie nie smakują, upojne chwile przy filmach porno (gdzie wcale nie jest przyjemnie po dłuższym "poście") a wieczorem z poczuciem rozżalenia walę whisky w pysk; Poczuciu euforii i głośnej muzyce towarzyszy rozpacz, że za tę chwilę ekstazy zapłacę całym jutrzejszym dniem. Miałem rację, jak zwykle... dzień spędzam na toalecie. Ale zanim zasnę po pijaństwie, muszę kilka godzin chodzić. Nie jestem w stanie położyć się spać, gdy kręci mi się w głowie; chodzę więc na zimnie i trzęsę się nie tylko z zimna. Po trzech dniach takich atrakcji, marzę o kolejnej przysiędze gdzie moje życie nabierze rytmu, jednostajności, a słowo dane samemu sobie wyzwoli mnie od wyrobów cukierniczych, alkoholowych i innych.

Kilka takich doświadczeń przekonało mnie, że chęć bycia szczęśliwym rodzi nieszczęście. Czytam na portalu randkowym profil dziewczyny, która jak pisze, od teraz bierze sprawy w swoje rączki; chce być szczęśliwa, chce walczyć ze światem o swe szczęście. Nie muszę jej widzieć, by wiedzieć co to oznacza. Gdy randkowałem przez kilka lat, poznałem ten typ kobiet - im mocniej pragną szczęścia i rodziny, tym bardziej zdesperowane i znerwicowane są. To się wyczuwa momentalnie, i nie jest to przyjemny dla mnie widok - agresywne i bezczelne pytania o wielkość mego mieszkania, wysokość zarobków są już dla mnie tylko zwykłą koleją rzeczy. Są chłopaki które wykorzystują ten stan emocjonalny obiecując małżeństwo, ale ja nigdy tego nie zrobiłem. To jej prywatny horror, piekło w które wpędza brak mądrości. No ale jak to wytłumaczyć kobiecie? Nic nie zrozumie, uzna Cię za emocjonalnie pustego gówniarza. Musi przecierpieć swoje, wtedy pod wpływem bólu albo coś zrozumie, albo jeszcze mocniej zamknie się w swym świecie, gdzie winni braku szczęścia są Inni, głupi i puści. Straszny jest los człowieka, który zabetonował się w swych przekonaniach, nie dopuszczając do ich przewietrzenia, że nie wspomnę o solidnym przemeblowaniu.

Zabawa w lepszego i gorszego

Jeśli już się uda, zdobędziesz "szczęście" utożsamione z jakąś rzeczą (samochód, konsola, smartfon), albo człowiekiem (zakochanie), czy ideą (ktoś Cię pochwali, doceni), albo "uduchowieniem" (skuteczna modlitwa do jednego z tysięcy bogów) - automatycznie rośnie Twój strach, niechęć do tych którzy mogą ten stan ekscytacji zabrać, oraz pogarda do tych, którzy nie są tacy jak Ty. Bo to co nazywasz szczęściem, wcale nim nie jest - to podniecenie i poczucie bycia lepszym, po którym zawsze przychodzi rozpacz. Trzeba to przeżyć wiele razy, nim się zrozumie istotę tego przeklętego mechanizmu. Ktoś kto ma mercedesa, czuje się lepszy od biedaków ze starociami; śmieje się z nich, mówi "trzeba było się uczyć", pogardza. Ale jednocześnie boi się, że spotka na ulicy kogoś w ferrari, wtedy on poczuje się śmieciem i zerem. Ktoś kto ma piękną dziewczynę, czuje się lepszy od tych, którzy żyją z pasztetami, albo są singlami. Im mocniej gardzi innymi, tym większy strach że jego kobieta odejdzie, umrze, a wtedy on sam poczuje się zerem, ponieważ tak właśnie oceniał ludzi.

Ktoś dumny ze swej inteligencji, tytułów, gardzi głupkami i debilami, jednocześnie bojąc się że przyjdzie ktoś bardziej utytułowany - i go skrytykuje. Może też przyjść ktoś w ogóle bez tytułów i wykazać mu głupotę, co będzie jeszcze bardziej upokarzające. Im więcej więc gardzi plebsem, tym większy strach że zostanie uznany za głupiego. Ktoś kto się modli, daje pieniądze na swój kult, czuje się uduchowiony - jeśli używa tego poczucia do osądzania innych, gardzenia że żyją jak bezbożne świnie, to rośnie w nim strach że może zachować się "nieduchowo". Strach ten czasem przybiera formę natrętnych myśli, utożsamianych z diabłem.

Nie życzę Ci pomyślności

Tak rozumianego szczęścia nie mogę Ci życzyć, bo to jakbym dał Ci w pysk. A co z pomyślnością? Dobrą passą w życiu? Miałem w życiu kilka takich sytuacji, że raz po raz spotykały mnie zdarzenia, gdzie wszystko mi się udawało. Ponieważ mam dość nieźle wyćwiczony zmysł obserwacji siebie, wyraźnie widziałem jak wraz z uzależnieniem się od pomyślności, wzrastał mój poziom stresu, strach że to się skończy. Im było lepiej, tym większy strach i czekania na cios od życia który zakończy pasmo sukcesów. Pomyślność więc mnie niszczyła, dewastowała mój życiowy spokój i poczucie spełnienia. Walka o pomyślność jest biciem i opluwaniem samego siebie.

No a zdrowie? Też nie będę Ci go życzył. Zdrowie to nie zawsze, ale najczęściej czuły wskaźnik tego, jak sam siebie traktujesz. Jeśli mamy kogoś kto czuje frustrację, a nauczył się zmniejszać jej poziom papierosami i objadaniem, zdrowie opuszcza. Im gorzej będzie się czuł, tym większą będzie miał motywację do porzucenia grzesznych nawyków, do zdobywania wiedzy o odżywianiu, wpływie stresu na ciało i umysł. Tak właśnie rzuciłem słodycze (no dobra, potężnie ograniczyłem), gdyż przy 101kg czułem się strasznie. Jeśli widzę grubasa który mi wmawia że to jest cool, wiem że bezczelnie łże. Po kilkunastu latach palenia coraz częściej się dusiłem, miałem czarne zęby i obrzydliwie cuchnąłem - co mnie zmusiło do rzucenia palenia, nie chciałem dalej żyć jak niewolnik ciągłego pragnienia dymka. I teraz załóżmy że mam magiczną moc; Bądź zdrowy! Krzyknę, a ciało się uzdrowi. I co dalej? Zerwiesz z nałogami, poszukasz przyczyny która Cię do nałogów zachęciła? A w życiu. Dopiero teraz pójdziesz w tango. Tym uczynkiem powstrzymam Twój rozwój osobisty, zrobię Ci po prostu świństwo. Są ludzie którzy nie palą, nie piją - prowadzą zdrowy tryb życia (sport, wege, suplementy), a też chorują. I zawsze gdy poznawałem taką osobę, widziałem że gardzą tymi którzy żyją grzesznie. Gardzą grubasami, palaczami, pijakami, głupcami. Pogarda którą odczuwasz wobec kogokolwiek, jest zawsze odczuwana w Tobie - gardząc kimś, gardzisz sobą. Podświadomość zawsze to zrealizuje, pozostaje tylko ciekawostką fakt w jaki sposób - czy chorobą, wypadkiem, posypaniem się życia osobistego? Nie wiem.

Nauczyciel nieudacznik chlejus

Jak wiecie, od dłuższego czasu marzę o hyundaiu sonacie. Jako nauczyciel pozytywnego myślenia, zdaję sobie sprawę ze swej przewagi nad większością ludzi. Jeśli kolejny człowiek płaci mi pieniądze, mówi że po sesji ze mną znacznie mu się poprawiło w życiu, czuję się naprawdę mocny. Naturalną koleją rzeczy powinienem gardzić tymi, którzy tych w zasadzie prostych rzeczy nie rozumieją - budować na tym poczuciu swą ważność. Ale jest jedno ale - skoro jestem taki mądry, dlaczego nie umiem zdobyć tego auta? Kosztuje trzy dychy, wielu ludzi kupuje droższe meble do kuchni. Dlaczego nie mogę do końca poradzić sobie z chorobą? To boli, kłuje, ale tylko wtedy gdy się nadymam poczuciem ważności. I to mnie zwyczajnie ratuje przed pychą, bo za nią zawsze kroczy upadek, porażka i zniszczenie. Ja bez tego auta mogę żyć, ale z poczuciem swej mądrości długo nie pociągnę - strach rósłby w tempie geometrycznym. Całe życie spędzałem w strachu, nie chcę w nim żyć, a musiałbym gdybym zdecydował się na poczucie własnej wielkości.

Właśnie tak człowieka chroni jego Boskość w nim samym. Człowiek myśli że życie go nienawidzi, a tak naprawdę go wspiera.

Życzę wam...

Czego więc życzyć wam w te święta? Tego co zawsze życzę. Znalezienia spełnienia w sobie niezależnego od okoliczności, ludzi, przedmiotów i stanu ciała. Wesołości, gdyż nic tak nie rujnuje murów pychy i głupoty jak dobrej jakości humor. Fajnych ludzi którzy wspierają, motywują do rozwijania wiedzy o sobie, ale żebyście się do nich nie przyzwyczajali, nie budowali na nich swego szczęścia; przyjaciele przychodzą i odchodzą. Wtedy zdrowie, szczęście i pomyślność same przyjdą, zachęcone przepiękną, świąteczną atmosferą w zaśnieżonym domku Twego serca.


www.braciasamcy.pl  zapraszam na moje forum.

----------------------------------


Zapraszam do kupna moich e książek "Stosunkowo dobry", oraz "Wyprawa po samcze runo" w E wersji, KLIK albo papierowej KLIK.  Zapraszam wszystkich serdecznie na mój fanpage KLIK, Bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy poczuwają się do dbania o cały ten interes i go finansują KLIK, także poprzez PayPal, mój meil to Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

poniedziałek, 22 grudzień 2014 23:20

Krajobraz po rozstaniu

Krajobraz po rozstaniu, jak wiemy, radosny nie jest; a powinien być.

"Co ten osioł pieprzy? Kobieta mnie rzuciła, zeszmaciła; piję, płaczę, marzę o włożeniu głowy w piekarnik ale nie mam odwagi - i on twierdzi że mam się cieszyć? Wariat czy głupi? Chyba dam mu w mordę!"

Nie bić autora!

Jeśli ćwiczysz na siłowni, chcąc nabrać masy musisz wykończyć mięśnie. Boli, prawda? Oczywiście że tak, mięsień najszybciej rośnie, gdy jest bezlitośnie skatowany. Jeden z ekspertów kulturystyki uważał, że prawdziwe ćwiczenie bicepsów kończy się wymiotami. Czy martwisz i przejmujesz się tym bólem, rozpaczasz? Nie, gdyż wiesz że ból prowadzi do celu, jakim jest lepsza sylwetka. Mało tego! Za to wszystko jeszcze płacisz, katujesz się dietami, sam się garniesz do żelaza, które zmienia Cię w drżące, ale zadowolone z siebie i lubieżnych kawałów spoconych kolegów zwłoki. Po bólu ćwiczeń następuje zresztą stan przyjemnego odprężenia i lekkiej euforii, gdyż ból i przyjemność to dwie strony tej samej monety, zawsze nierozłączne.

Chyba nigdy nie byłem tak szczęśliwy, gdy moje rozdygotane ciało zniesiono z fotela po kanałówce, albo po pobraniu krwi. Im więcej bólu i stresu, tym więcej później odprężenia i przyjemności; i na odwrót. Przyjemność zawsze zawiera w sobie ból, tylko możesz tego jeszcze nie dostrzegać. Raz wchodzę do punktu pobrań krwi, nogi mam jak z waty, ładna dziewczyna wiąże mi ramię paskiem; chcę się z nią ożenić, zrobić jej dwójkę dzieci, dymać tak ostro by traciła świadomość. Ona się uśmiecha, robi swoje, mi zaciska gardło i wyprowadzają mnie na zewnątrz. Mija kilkanaście minut, odzyskuję zdolność mówienia, chce mi się tańczyć ze szczęścia że jednak się nie oświadczyłem; a jakby przyjęła oświadczyny? Trzeba by się wieszać, bo odmawiać pięknym Paniom nie umiem; z romantycznej gliny mnie stworzono.

Wydymasz siebie samego

A co powiesz o sportach walki? Koledzy z klubu bezlitośnie pastwią się nad Twoją twarzą, a po wszystkim czujesz się świetnie. Strach był? Jasne. Ból? Jeszcze jaki. Jesteś tym załamany? Ależ skąd, wręcz przeciwnie. Wiesz że im więcej zostawisz potu w tym miejscu, tym mniejsze poniesiesz obrażenia w razie realnej konfrontacji. Czyli rozumiesz że ból służy innemu, wyższemu celowi, będąc w istocie Twym zyskiem i zbawieniem od upokorzenia czy kalectwa, a może śmierci. Wiesz że jeśli nie będzie bólu, będziesz się na treningu oszczędzał, to wydymasz tylko siebie samego; im więcej bólu, tym większe później opanowanie, wytrenowanie, wola walki i umiejętność poradzenia sobie w sytuacji, gdy cios miał Cię zniszczyć, a tylko rozjuszy ku przerażeniu napastnika liczącego na łatwy łup.

Mówię z doświadczenia, gdy po dostaniu z "dyńki" miałem stracić przytomność; wyraz zaskoczenia na twarzy dresiarza był absolutnie bezcenny. Szybko zmieniłem mu ten ciekawy układ twarzy na inny, niespecjalnie estetyczny.

Rozpieprzyć mózg ex na tapecie w kwiatki

Weźmy pod uwagę tatuaż. Cierpisz w trakcie i po, ale wiesz że później będziesz mógł się nim chwalić na fejsie, imponować małolatom na domówkach. W trakcie bólu cieszysz się - ponieważ widzisz w nim późniejszą przyjemność. Boli, ale Ty jesteś szczęśliwy. Czy to nie dziwne? Ból może istnieć z poczuciem szczęścia i radości. Myślałem że to sfera tylko wchodniej filozofii, ale kiedyś czytałem w terapii nowotworów (chyba małżeństwa Simontonów), że ból jest tylko kwestią umysłu, jego interpretacji. Tak faktycznie jest - zauważ że głód który czuje ciało, jest neutralny; dopiero umysł dopisuje mu panikę, histerię której ulegasz. Ktoś kto słucha ciała, nigdy się nie będzie przejadał, tył, zrzucał winy na tarczycę i hashimoto. Podobnie jest z bólem; To umysł nadaje mu histerię. Samo ciało traktuje ból jako jeden z bodźców, ani zły ani dobry, część życia.

Dlaczego więc cierpisz po odejściu kobiety? Ponieważ utożsamiłeś z kobietą swoje szczęście, satysfakcję z życia, wydaje Ci się że straciłeś coś unikalnego, coś czego już nigdy nie odtworzysz. Poczucie nieodwracalności jest straszne, tragiczne, ale absolutnie nieprawdziwe; nie dziwi mnie że niektórzy pod jego wpływem mordują, bo sam byłem tego bliski; Jedyne o czym marzyłem, to zobaczyć jej mózg na tapecie, a później swój. Dwa mózgi rozpryśnięte mocą głupoty i nielegalnie kupionej broni, na zawsze razem póki ścierka z detergentem nas nie rozłączy. Byłem taki roztrzęsiony że kto wie, może i bym jeszcze kogoś rozwalił.

Nieopisany ból ducha

Mówi Ci to wszystko ktoś, kto przeżywał ten stan poczucia nieodwracalności wiele razy. Jest to wielka kaźń, nieopisana męczarnia, ból nie do opisania który nie pozwala jeść, oddychać, dławi i dusi w każdej chwili życia; Teraz rozumiem dlaczego tak cierpiałem, jestem wdzięczny tej Pani, gdyż jej uczynki spowodowały cierpienie, a ono gdy nie mogło sprowokować samobójstwa (bałem się), popchnęły mnie w stronę badania ludzkiej psychiki. To z czasem zrodziło piękne owoce, którymi się dzielę z każdym kto chce mnie czytać. I nawet ci którzy mnie uważają za nienormalnego (jest ich wielu), po jakimś czasie piszą że jednak gdzieś im to utkwiło, że miałem rację. Trudno o większą satysfakcję.

Stan szczęścia i euforii który kojarzysz z rzucającą Cię (albo zdradzającą) dziewczyną, nie jest jej zasługą, ale Twego układu hormonalnego. To on decyduje o Twojej euforii albo smutku, a nie dziewczyna. Jeśli minie jakiś czas, zakochasz się w innej kobiecie, system hormonalny znowu będzie pompował do Twej krwi hormony szczęścia, a Ty zrozumiesz że nigdy nic nie straciłeś, że teraz jest znacznie lepiej.

Zdrada nie, szóstka w totka tak?

Im więcej wydaje Ci się że ją kochasz, tym mocniej rośnie strach że Cię zostawi, umrze; wypadki zdarzają się bezustannie, wystarczy chwila nieuwagi, pijany kierowca, cegła zsuwająca się z remontowanego dachu. Jest też nienawiść, przecież może Cię zdradzić z najlepszym kolegą, zajść z nim w ciążę... to przecież się zdarza znacznie częściej niż szóstka w totka, a jednak ludzie namiętnie grają. Oczywiście ona zapewnia o swojej wierności, ale jeśli by zdradzała, też by tak zapewniała by koryto się nagle nie skończyło... Życie! Nieprawdaż?

Im mocniej i głębiej angażujesz się w związek z kobietą, tym mocniej wariujesz z lęku i zazdrości; w końcu życie staje się nie do wytrzymania, gdyż poziom lęku jest za wysoki. Awantury wybuchają z byle powodu, pojawiają się konflikty nie do rozwiązania, stres niebezpiecznie narasta, aż w końcu bezpieczniki nie wytrzymują. Kłócisz się o pierdoły, rozsadzają Cię emocje o za słoną zupę, a tak naprawdę przyczyną wybuchu jest wewnętrzny strach. Niektórzy całkowicie wyparli swój strach, zamieniając go na bardziej "męski" gniew. Strach wydaje się być pedalski, gniew jest męski, kozacki. Pracuję z takimi ostrymi chłopakami, więc koniec końców zawsze dochodzimy do strachu. I tu już nie ma kolegów, nie można pomóc sobie nożem; trzeba się z nim zetknąć osobiście, a nie każdy potrafi. W naszym społeczeństwie dla ludzi bojących się, nie ma litości. Kto chce doświadczyć przebudzenia z koszmaru, musi zrezygnować z gniewu, co oznacza wejście w strach - czyli we wstyd, poczucie bycia gorszym, brak kontroli nad sytuacją. Wiem z doświadczenia, że osoby żyjące strachem (tzw. lamusy, lizusy, kujony, nieudacznicy szkolni, ofiary przemocy) znacznie lepiej sobie radzą w terapii, szybciej puszczając to, czego nie powinni się trzymać - ponieważ latami analizowali swój strach, żyli z nim i chociaż sami tego nie wiedzą, w jakiejś części go opanowali. "Kozacy" radzą sobie znacznie gorzej. Kozak to maska dla frajerów którzy w nią wierzą, strach i rozterki są natomiast ich prawdziwą naturą.

Cios Cię wspiera, pomaga Ci

W swojej praktyce stosuję różne intuicyjne mechanizmy. Np. lata temu mój wujek pozbawił mnie oszustwem spadku po dziadku (mieszkanie w Warszawie), więc latami go nienawidziłem. Gdy umarł (w nieludzkich męczarniach, podobnie jak dziadek) byłem już na tym etapie zrozumienia, że doskonale wiedziałem iż moja nienawiść mnie zniszczy. Zacząłem mu dziękować, bo mieszkanie i pół miliona to dla Boga nic, paprochy, i tak trzeba to wszystko kiedyś zostawić; Wtedy poczułem że jego "esencja" mnie wspiera, że jest mi wdzięczny iż go nie potępiłem. I jego talenty, moce (a miał spore) przeszły na mnie w niektórych sytuacjach. Kiedy moja osobowość sobie nie radzi, uruchamia się jego moc, robiąc niesamowite rzeczy. Każdy NLP - owiec wytłumaczy to modelowaniem, ale kilka akcji upewniło mnie w przekonaniu że nie miałby racji. Największą jednak mocą jest szacunek; Przedstawiam Ci rezultaty, jakie będą Twym udziałem gdy będziesz tak i siak postępował; nie napieram, nie wywieram presji. Zniszczysz się? Akceptuję to, bo wiem że nie żyjemy tylko raz, a obecny upadek da Ci w przyszłości wiedzę i mądrość. Oczywiście zaakceptowanie upadku obcego człowieka przychodzi mi łatwo, a bliskich skrajnie trudno. To moje prywatne piekło, na które całkowicie zasługuję.

W sytuacji emocjonalnego horroru (jakim jest typowy związek) rozstanie czy zdrada jest czymś, co jest dla Ciebie ratunkiem - widać to dopiero z bezpiecznej emocjonalnie odległości. To czas, byś uświadomił sobie że popłynąłeś w złym kierunku, że się zagalopowałeś; sam nie miałeś siły by coś z tym zrobić, pędziłeś siłą bezwładu w stronę w przepaści, więc Życie Ci pomogło i nastąpiło zerwanie chorej relacji. Jesteś sam, więc nie ma miejsca na strach i nienawiść, wieczne awantury; to czas nie tylko odprężenia i nabrania sił, ale przede wszystkim zrozumienia procesu w którym brałeś udział. Możesz ten cudowny czas wykorzystać w dwa sposoby, pamiętając że każdy wybór niesie ze sobą określone konsekwencje.

Wybór rodzi konsekwencje

1. Żal, poczucie zranienia, nienawiść, chęć odwetu. Zdradziła mnie! Zostawiła kur..! Zapier... ją! Utrzymując w sobie te nienawistne emocje, nie możesz rozwinąć swej osobowości, stać się mądrzejszym, silniejszym psychicznie mężczyzną. Sam będziesz napędzał machinę rozpaczy, bólu i depresji, jak wtedy gdy byłeś dzieckiem i płacz pomagał wymusić coś na rodzicach; teraz nie pomoże, zniszczysz sobie tylko życie i zdrowie. Te mechanizmy bardzo dokładnie opisałem w swojej książce "Stosunkowo dobry". Ciągły stres zrobi z Ciebie autentycznego wariata, którego życie będzie koszmarem. I Ty sam to napędzasz, robiąc z rozstania antyczną tragedię.

2. Rozumiejąc że wszystko co myślisz, co zdecydujesz się utrzymywać w swojej świadomości (poczucie żalu, rozpaczy, straty), tworzy nawyk - zdajesz sobie sprawę że im silniejszy nawyk rozpaczania nad swym rzekomo nieszczęśliwym życiem, tym więcej w nim nieszczęścia. Im dłużej będziesz myślał jak Cię zniszczono, źle potraktowano, tym częściej w zetknięciu z problemami będziesz tak myślał. W końcu dojdzie do tego, że pomyłka na reszcie w sklepie o jeden grosz, doprowadzi Cię do tygodnia silnej depresji, być może w szpitalu. Dla takich ludzi gotowe są ścieżki uzależnienia od narkotyków i alkoholu, kończące się podsrywaniem pod siebie i zgonem w delirium. Tu nie ma żartów chłopaku! Każda myśl utrzymywana w świadomości, wzmacnia się, rośnie w siłę. Zdecyduj się w co inwestujesz - w myśl pełną wdzięczności, radości, która będzie Cię pięknie budować, czy myśl pełną żalu i gniewu która Cię rozpieprzy w proch? Decyduj! Ale i przyjmij na klatę konsekwencje.

Trening, tylko to się liczy

Trzeba ćwiczyć i powtarzać nawyk radości, podobnie jak ćwiczysz uderzenia na worku. Bez pracy nie ma kołaczy; frajer się brechta z lamusa, kopci skręta, kurwi się dla chwili przyjemności; dobry chłopak ciężko zasuwa, pracuje w pocie czoła, dziękuje za każdą chwilę nieprzyjemności. Za jakiś czas frajer będzie rozmemłanym, zapłakanym wrakiem, a Ty będziesz się cieszył życiem, ponieważ wyćwiczyłeś w sobie nawyk cieszenia się pierdołami. Pierwszy krok nigdy nie jest łatwy, ale później wszystko idzie mocą bezwładności. Musisz trenować, ćwiczyć, nie poddawać się. Trening duchowy jest znacznie trudniejszy od treningu ciała, chociaż i na nie wpływa. To Twoje życie, musisz się nauczyć z nim radzić. Stare recepty nie działają, co potwierdza krwista historia naszej planety. Pora na śmiałe, nowoczesne rozwiązania, które każdy lamus wyśmieje, bo wydadzą mu się za trudne; Ale kto po wielkość sięga, osiągnie ją. Świat należy do odważnych wewnętrznie, świat należy do tych, co nie boją się myśleć w większej, strategicznej skali.

Trenerzy mówią; nie trenuj z pełnym żołądkiem, na zimnie, w ubraniu, bez rozgrzewki - bo to niezdrowe. Ale napastnik nie zaatakuje wtedy gdy będę miał pusty żołądek, rozgrzany, w świetnej formie psychicznej; atak następuje zawsze wtedy, gdy sytuacja jest nieciekawa. Trenuję więc tylko wtedy gdy jestem obżarty, śpiący, chory, pijany, mam doła. Trenuj więc pozytywne myślenie zwłaszcza wtedy, gdy jest Ci źle. Złe myśli mogą Cię nadejść w każdej chwili, i będzie to chwila gdy będziesz najsłabszy. Myśli pełne zazdrości, gniewu, żalu i rozpaczy tylko czekają na Twe osłabienie; przyjdą gdy będziesz najsłabszy. Im bardziej jest źle, tym zacieklej ćwicz.


www.braciasamcy.pl  zapraszam na moje forum.

---------------------------------


Zapraszam do kupna moich e książek "Stosunkowo dobry", oraz "Wyprawa po samcze runo" w E wersji, KLIK albo papierowej KLIK.  Zapraszam wszystkich serdecznie na mój fanpage KLIK, Bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy poczuwają się do dbania o cały ten interes i go finansują KLIK, także poprzez PayPal, mój meil to Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

piątek, 19 grudzień 2014 22:15

Zdrada; tak się mszczą kobiety

W rozmowach z kobietami (koleżankami, znajomymi) o zdradzie, trzeba bardzo uważnie słuchać, a nie bezmyślnie potakiwać byle zaplusować u Pani. Wnioski płynące z analizy tych wypowiedzi są wstrząsające, ale i zbawienne w dorosłym życiu, jeśli ktoś gotów jest zrezygnować ze swych dziecinnych przekonań o życiu i kobietach.

Logika mężczyzn nie zawsze sprawna; jak członek

Mężczyźni szczycą się logiką, którą przy obiekcie mającym dać im przyjemność wyłączają (chcenie ponad wszystko, ignorowanie wszelkich znaków że coś jest nie tak). Tak jest z kobietami, autami (10 letnie BMW diesel z niemiec od dziadka, przebieg 50 tysięcy), wszystkim co cieszy oko i dłoń; a później czarna rozpacz, gdy zamiast przyjemności jesteśmy chłostani problemami. Jeśli chcesz czegoś ponad wszystko, a nie jest to jedzenie, picie czy powietrze, zrób sobie tydzień przerwy, ochłoń; wtedy zobaczysz prawdę, a ona wyzwoli Cię od komornika i sądu.

Moralne, porządne kobiety nienawidzące zdrady, dla których miłość i rodzina są wszystkim, wiele mówiące o uczciwości i byciu razem aż do wspólnej śmierci (gdzie będą się trzymać za dłonie), a później wieczności w niebie (uwaga, żonaci z dłuższym stażem mogą dostać drgawek, przepraszam), mają jedno "ale". Gdy słyszę "ale", wiem że coś niezwykle ważnego zaraz usłyszę. Uwaga! Nie zdradzę nigdy, ALE jeśli on zdradzi mnie, od razu ruszam w tango z kolegą. Powiedzmy sobie szczerze - to można zrozumieć, to jest ludzkie. Mąż wtula się w biust koleżanki z pracy, więc żona może poskakać bez wyrzutów sumienia na hydrauliku. Ty mi dajesz w twarz, ja mogę Ci oddać; każdy uczciwy człowiek to zrozumie. ALE jeśli się głębiej nad tym wszystkim zastanowić, wnioski są więcej niż ponure.

Ponure wnioski


1. Kobieta zakłada że mąż może zdradzić, jest na to przygotowana moralnie i decyzyjnie, ma wszystko obmyślone i uporządkowane; będzie wierny, ja będę wierna; zdradzi, ja zdradzę. Życie! Umie dbać o swe interesy, nie zgadzając się na intercyzę czy własne mieszkanie męża (nalega by je sprzedać, oraz kupić wspólne gdzie jej wkład jest jedynie symboliczny, ale przy podziale rozwodowym zyskuje praktycznie całe), argumentując że gdy się zestarzeje, mąż może ją wyrzucić a ona nie znajdzie nikogo, z kim ułoży sobie życie. To także wydaje się niezwykle logiczne, normalne, prawda? ALE Jeśli mąż zakłada że dziecko może nie być jego (bo niby skąd ma mieć pewność?), prosi o testy DNA by nie płacić całe życie na cudze dziecko, owoc kłamstwa i zdrady (zamiast na swoje własne), mamy do czynienia z histerią, zarzutami że nie ufa - a jak nie ufa to nie kocha, bo miłość to podobno pełne zaufanie. Wtedy następuje szantaż; zrobisz testy, to Twoje walizki są za drzwiami a Ty dla mnie nie istniejesz, bo "bez miłości to wszystko nie ma sensu". Zagrożony rozstaniem facet przeprasza, kaja się i prosi o wybaczenie, co oczywiście będzie mu wypominane do końca życia. Jeśli jest uległy, dla przyjemności płynącej ze związku zapomina o temacie, spycha te pytania w głąb siebie i trzyma je tam dużym kosztem (czasami eksplodują mordem albo rakiem, gdy zamiast szczęścia są pretensje, rozpacz i wzajemna nienawiść). Jeśli jest odważną osobą, nie daje się zastraszać oderwaniem od tyłka i dziecinnymi szantażami (wiedząc że jeśli raz ulegniesz to już po Tobie), robi po cichu testy wierząc w maksymę "Kocham ale sprawdzam". Jeśli testy są ok, zapomina o sprawie, jeśli nie, odcina sądownie pasożyta od swego serca i portfela, dając szansę uczciwej kobiecie i własnym dzieciom.

Mamy tu więc do czynienie z dużą niesprawiedliwością, którą uważa się za normalną. Nic podobnego; niezależnie od płci nieuczciwość i egoizm powinien być tak samo nazywany i traktowany. Jeśli kobieta chce pełnego zaufania, musi je także dać; ale ze świecą szukać takiej Pani. Wszystko co jest budowane na nieuczciwości, wbrew temu co pokazują na filmach szczęścia dać nie może.


2. Co to jest zdrada? Złamanie zaufania, zerwanie umowy w której mężczyzna zobowiązuje się dać kobiecie szczęście. Niemal każda komedia romantyczna ma pod koniec scenę, gdzie facet zarzeka się że uszczęśliwi swą wybrankę. W końcu ulubione przysłowie Pań to: "łzy kobiety są porażką mężczyzny", więc Panie zgodnie z tymi "mądrościami" oczekują, że w jakiś nieznany nauce sposób mężczyzna da szczęście. Gdy podrążyć temat, coraz bardziej zdenerwowana Pani wytłumaczy, że szczęście to odpowiednie zachowanie faceta; ma być miły, czuły, kupować kwiaty, dbać o rodzinę, nigdy pierwszy nie dochodzić. Takie zachowanie ma sprawić, że w żyłach Pani zafurkotają endorfiny.

Te podejście oznacza, że moje zadowolenie i szczęście całkowicie zależy od innych ludzi, że ja nie mam na nie kompletnie wpływu. To oczywiście absolutna nieprawda; szczęście i nieszczęście, to tylko i wyłącznie nasza decyzja, czyli praca nad swymi wzorcami przeżywania, co bardzo dokładnie opisuję w mojej e książce "Stosunkowo dobry". Nie mogę dać szczęścia kobiecie, nie mam takich możliwości; mogę tylko jej obiecać dom, rodzinę, samochód i pewną pracę, które to dobra ziemskie Ona uważa za szczęście. Niewiele czasu minie, gdy okaże się że po spełnieniu tych pragnień szczęścia jak nie było - tak nie ma. Jak myślisz, kogo "uduchowiona" kobietka o to obwini? Brawo, zgadłeś! Ciebie, bo kogóż by innego? Podarowanie szczęścia kobiecie, to wynalazek znacznie donioślejszy niż perpetuum mobile. Największe umysły tego świata próbowały uczynić ten świat miejscem miłości, szczęścia i pokoju; Nie udało się. Jeśli Tobie się uda, daj znać; Nobla masz w kieszeni, a największe miejsce w historii w drugiej. Buddzie i Jezusowi transfer do zakutych łbów się nie udał; kto wie, może Tobie się powiedzie?

Mąż zdradził brakiem ekscytacji

Gdy znudzona mężatka poznaje młodzieńca w pracy, czuje przy nim miłe emocje, w magiczny sposób znika nuda. Mąż jest trywialny, skąpy, nie przynosi kwiatów i nie komplementuje; nie stara się już tak, jak piętnaście lat wcześniej. Obiecywał szczęście, ciągle chętny do pocałunków, rąk nie mógł oderwać od jędrnych ciała skarbów... Młodzieniec wprawdzie też nie daje kwiatów, ale gdy jego oczy płoną na widok mężatki w mini... ona cała promienieje, czuje się atrakcyjna, silna tą jedyną w swoim rodzaju kobiecą mocą. Wtedy wysnuwa logiczny wydawałoby się wniosek; mąż nie dał mi szczęścia, duszę się przy nim, a ten oto młody człowiek sprawia że jestem podekscytowana, chce mi się chcieć... ciągle może i chce. Twardy jak stal członek, piękniejszy dla więdnącej urody kobiety niż jesienne chabry.

Miał dać szczęście? Miau! Skoro szczęścia nie ma, znaczy że zdradził; nie fizycznie, ale duchowo, czyli znacznie mocniej. Mam więc prawo do zdrady. Jeśli chciałabym odejść, nie mogę gdyż dzieci, kredyt, mieszkanie... on mnie dusi, więzi! Oprócz prawa do zdrady, kobieta "logicznie" daje sobie prawo do zemsty za zniszczone życie. Przecież mogła mieć każdego! Miliardera, piosenkarza, słynnego pisarza! A co teraz ma? Syf. Wszystko przez męża, bo naiwna romantyczna poetka życia uwierzyła, że da jej szczęście. To aż się prosi o srogi odwet.

Zemsta nieszczęśliwej małżonki

Taki tok myślenia prezentuje wiele mężatek, które moi znajomi "poznają". I ja miałem podobną przyjemność kilka razy, czego się szczerze mówiąc wstydzę. Dlaczego mężatki są tak popularne w świecie seksu? Nie chodzi o o to, że mężatki nie łapią "na dziecko" jak zdesperowane singielki - chodzi o najważniejsze cztery rzeczy.

1. Kobieta która się mści seksem, jest jak zwierzę. Ona się nie kocha; ona się pieprzy, chcąc upokorzyć męża za brak szczęścia i emocji. By zwiększyć wagę zemsty, nie używa gumek (plus do atrakcyjności). Pisałem o tym wiele razy, ale napiszę jeszcze raz. Mężatka katoliczka, przyjmuje do ust wytrysk i ucieka; Gdzie? Szybko do męża, by go przywitać gorącym pocałunkiem. Gdy opowiadał mi to kolega, nie mogłem tego zrozumieć. Z czasem zrozumiałem; tak mszczą się kobiety. Mężczyzna da w mordę, kobieta podstępem, po cichu, dla własnej satysfakcji. Niech mąż całując, posmakuje spermy innego mężczyzny.
2. Niektórzy mężczyźni mają tak niską samoocenę, że czują się dobrze tylko wtedy gdy upolują cudzą żonę. Nie rozumieją że to nie oni polują, a są używani do zemsty. Są w istocie mobilnymi wibratorami, niczym więcej.

3. Istnieją mężczyźni, którzy się szybko zakochują, tracąc przy tym cały majątek i przypłacając to latami depresji. Romans z mężatką sprawia, że zakochanie przychodzi z dużo większym trudem. Kobieta która zdradza, okłamuje męża i samą siebie, zrobi to samo z każdym facetem. To bardzo mocny czynnik, broniący przed angażowaniem się uczuciowo w relacje. Często pomaga.
4. Małżonkowie, dla których bezpieczeństwo jest ważniejsze niż jakość seksu. Liczą że mężatka nie zaangażuje się, ograniczając swoją bytność w życiu mężczyzny do łoża.

Szowinizm! Seksizm! Rasizm!

Na moim forum, klubie dla inteligentnych samców (braciasamcy.pl), złożyłem Braciom Samcom do dyskusji wniosek o wyeliminowanie kobiet z naszego męskiego, forumowego relaksu. Założymy "rezerwat dla kobiet", by tym symbolicznym gestem powiedzieć; są miejsca gdzie Twoje piersi i gierki nie mają żadnego znaczenia. Póki co odebrałem tylko kilkanaście gróżb i wyzwisk. Co będzie dalej? Moi kumple i Bracia z całego świata, chcą mieć miejsce gdzie mogą pobyć w przyjaznym środowisku, pogadać o swoich pasjach, lękach, marzeniach i pragnieniach. I co z tego że jesteś ładna? Do nas nie masz wstępu, za żadną cenę.


www.braciasamcy.pl  zapraszam na moje forum.

------------------------------


Zapraszam do kupna moich e książek "Stosunkowo dobry", oraz "Wyprawa po samcze runo" w E wersji, KLIK albo papierowej KLIK.  Zapraszam wszystkich serdecznie na mój fanpage KLIK, Bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy poczuwają się do dbania o cały ten interes i go finansują KLIK, także poprzez PayPal, mój meil to Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Najnowsze komentarze
asd